_________
W ramach cyklu #Nie_tylko_Miles_Davis obiecałem przedstawić mniej popularnych amerykańskich trębaczy (kornecistów, flugelhornistów), urodzonych w pierwszej połowie ubiegłego wieku (czyli w latach 1901-1950); każdego poprzez autorski bądź istotny w karierze album i/lub lakoniczny biogram. Dotychczas omówienia doczekali się Don Joseph (1923-1994) oraz Webster Young (1932-2003), których unikatowe nagrania polecałem. Dziś zaprezentuję aż sześć postaci. Owszem, w tym gronie znajdziemy bezsporną legendę, lecz pozostali albo są pomijani, albo zaniedbani, albo zapomniani, albo w ogóle nieznani. Oto ich wybrane albumy, na których opieram rozważania, oczywiście w kontekście całokształtu ich artystycznego dorobku.
Najsampierw REX STEWART (1907-1967), trębacz i kornecista. Zjednał mnie on... skupieniem, które uwidacznia się na okładce kompilacji wydanej przez kanadyjską Sackville Recordings w 2004. Znajdziemy nań wznowienie występu Stewarta z orkiestrą pianisty Henry’ego Chaixa w szwajcarskim Baden w 1966. Pięć lat po śmierci trębacza Chaix dedykuje mu półgodzinny koncert w Montrealu, domykający tę płytę.
*
Nikt bardziej nie zasługuje na miano legendy niż CLARK TERRY (1920-2015) — trębacz, pionier flugelhornu w jazzie, pedagog. Obliczono, że wziął udział w nagraniu blisko tysiąca płyt. Faktycznie, widywałem go niemal wszędzie, przeglądając różne okładki, składy, noty. Nawet teraz mam w zasięgu wzroku jego koncert w Town Hall, gdzie w 1947 towarzyszył orkiestrze charyzmatycznego saksofonisty i kompozytora, Charliego Barneta (1913-1991), u którego boku rok wcześniej w The Aquarium sfotografowano właśnie przypomnianego powyżej Rexa Stewarta.
Tak można by długo wymieniać, bowiem Terry występował niemal z każdym istotnym muzykiem z kręgu swingu czy bebopu (idealnie zgrywał się z Oscarem Petersonem i nagrywał z nim nawet po tym, jak kanadyjski pianista doznał udaru). Właśnie: rzadko z niepokornymi. Długowieczny artysta konsekwentnie trzymał się z dala tak od pokus życia, jak artystycznych: żadnej awangardy, żadnego eksperymentu. Bezpiecznie, niezawodnie, sympatycznie. Spokojnie, rozważnie, przyjemnie. Może dlatego został głównym mentorem Wyntona Marsalisa, który wielokrotnie powtarzał, że styl Terry’ego – pełen elegancji, precyzji technicznej i radości grania – ukształtował jego własne podejście do brzmienia trąbki.
W związku z powyższym wskazanie konkretnego albumu, który zasługuje na uwagę, nie wydaje się możliwe. Za jeden z najlepszych uważa się "Color Changes" (1961, Candid) i to na pewno pozycja obowiązkowa dla każdego, kogo interesuje temat. Znakomity jest również "Clark Terry And His Orchestra – Featuring Paul Gonsalves" (1960, Disques Decca). Niemniej zdecydowałem się na późniejszy, o wyraźnie bluesowym zabarwieniu: "Shades Of Blues" (1994, Challenge Jazz). Liderowi towarzyszy tutaj Al Grey, warto zatem nadmienić, że jego współpraca z puzonistami każdorazowo kończyła się powodzeniem (Bob Brookmeyer, J.J. Johnson, Jimmy Cleveland, Urbie Green, Jimmy Knepper, Slide Hampton, Curtis Fuller, Quentin Jackson, itd.). Bez udziału perkusisty, co rzadkie (tylko z pianistą Charlesem Foxem i kontrabasistą Marcusem McLaurinem) wykonali "doskonały prosty jazz". Radosny i pogodny. Entuzjastyczny i energiczny. Rozrywkowy. Przyjemny. Perfekcyjny pod względem technicznym. Jak zawsze docenić też trzeba "nienaganną muzykalność" (Peter Keepnews) Terry'ego oraz optymistyczną wymowę skomponowanych przezeń utworów i ogólnie występu, zwłaszcza że znów czaruje tą specyficzną humorystyczną melodeklamacją.
*
W idealnym świecie trębacz ANTHONY "TONY" FRUSCELLA (1927-1969) z powodzeniem by konkurował o względy Marilyn Monroe: przystojny, utalentowany, wrażliwy. W tym nigdy się nie spotkali i oboje zatracili — ona popełniła samobójstwo, on umiera przedwcześnie w zapomnieniu. Nadal pozostaje nieznany, mimo przypomnienia go przez The Jazz Factory pod koniec ubiegłego wieku. Jednak ani ta wytwórnia z Andory, gdzie wydano "The Complete Works" (1999), nie posiadała znaczenia, ani większość z tych pozycji: "nie zawierały niczego [...] urzekającego" (Doug Ramsey) oprócz "Tony Fruscella" (1955, Atlantic). Czyli jedynego albumu, jaki nagrał i wydał za życia. Doskonałego.
Bo też Ellis poszukuje. Zaintrygowany Trzecim Nurtem, nawiązuje współpracę z jego propagatorem, Guntherem Schullerem. Podejmuje studia podyplomowe z zakresu etnomuzykologii; zgłębia dziedzictwo indyjskie, arabskie, bałkańskie. Założył The Hindustani Jazz Sextet, w którym jego mentor, Harihara Rao, grał na sitarze i tabli. Zamówił specjalną trąbkę firmy Holton, umożliwiającą wprowadzenie ćwierćtonów (zainspirowały go tyleż tradycje orientalne, co awangardowe tendencje we współczesnej muzyce klasycznej). Doświadczenia te wykorzysta, tworząc Don Ellis Orchestra, w pełni nowoczesny big band ze spektakularnym repertuarem. Podbijają festiwale (m.in. Monterey w Kalifornii). Każda ich płyta jest traktowana jako objawienie i nieomal arcydzieło. Temat doczeka się osobnego omówienia.![]() |
| Fot. Gianpero Gallina-Torino |






.jpg)















