___________
Jeszcze kilkanaście lat temu wśród ulubionych perkusistów (obecnie znam ich zbyt wielu, nie podejmę się) bez wahania wymieniłbym m.in. Joeya Barona (ur. 1955). Uczestniczył w wielu istotnych sesjach, współtworzył wiele genialnych albumów. Imponuje perfekcją zarówno w momentach, gdy potrzeba wykazać się rockową werwą, jak i wtedy, gdy należy poprzestać na delikatnym omiataniu talerzy i bębnów. Ten drugi aspekt sprawił, że upatrzył go sobie również bohater niniejszej prezentacji z cyklu #Nie_tylko_Miles_Davis, mianowicie kolejny zupełnie nieznany a znakomity amerykański kornecista i trębacz: Don Joseph (1923-1994).
Wszystko dlatego, że podczas występów sympatyzował z rytmami rozleniwionymi, z tempem powolnym bądź wręcz ospałym. Dobrze czuł się pomiędzy szelestem a szmerem, w mroku klubu czy za kotarą. W kameralnym otoczeniu, w intymnych warunkach elegancko wystrajał akompaniamenty przemyślane i natchnione. I tak przez całe życie: o ile w ogóle decydował się zagrać, to spokojnie, ornamentacyjne, z refleksją i uwrażliwieniem. Można stwierdzić, że nie zamierzał nadążać za postępem — bebopowe szaleństwa były mu obce. Preferował uszlachetnioną wersję cool jazzu. Nazwany został trubadurem tego gatunku lub po prostu: poetą.
Zadebiutował podczas wojny, w wieku siedemnastu lat. Jakkolwiek pożądany przez liderów orkiestr ("każdy chciał go mieć") i zatrudniany w najistotniejszych nowojorskich, ostatecznie popada w niełaskę. Uzależnienie od alkoholu i narkotyków, nierzetelność i "ekstrawagancki" tryb życia sprawiają, że staje się lokalną persona non grata. Gerry Mulligan, z którym na początku lat 50. testował formułę kwartetu bez fortepianu, wspominał z rozrzewnieniem, że nawet pożyczony instrument potrafił zastawić w lombardzie. Do tego prześladuje go hodofobia. Nie opuszcza miejsca zamieszkania (Staten Island), występuje rzadko, żyje w odosobnieniu. Z upodobaniem recytuje Szekspira oraz interpretuje Bacha.
W 1984 usłyszał go Robert E. Sunenblick, lekarz, a jednocześnie właściciel nieistniejącej już wytwórni Uptown Records, która dokumentowała sesje wyjątkowo wartościowe. Tak u schyłku kariery powstał jedyny autorski album Dona Josepha – "One Of A Kind" (1985). Do współpracy zaprosił przyjaciół, z którymi występował przed trzydziestu laty: saksofonistę Ala Cohna, pianistę Billa Triglię i kontrabasistę Reda Mitchella (jego tutejsza aktywność imponuje, zasługując na wyróżnienie), wreszcie wymienionego wyżej Joeya Barona.
Nawet w tym przypadku nie afiszuje się. Pozostaje wycofany, schowany, jakby na uboczu, wyciszony i dyskretny. Tym szczególniejszy staje się każdy moment, kiedy gra. Naprawdę należy się zasłuchać, aby to docenić. Zadziwiające, iż ktoś egzystencjalnie tak nieroztropny, od innych domaga się równie bezwzględnej uważności.
Cohn to postać znacząca. Joseph jest nieznaczny, niepozorny. Z jednej strony zatem dominuje ton nasycony, uwodzicielski, przekonujący. Dopełniają go natomiast nieśmiałe, ochrypnięte, niedograne frazy kornetu. Jednak abyśmy zrozumieli: to żadna nieporadność. Na tym polegało samostanowienia artysty, który w każdej nucie doszukuje się wdzięku i potrafi olśnić każdym dźwiękiem – nawet jeśli cokolwiek ułomnym, to celowo. Nie potrzebuje zabłysnąć, gdyż błyszczy za każdym razem, gdy przemawia.
Sześć utworów; pierwszy własny ("Ash Wednesday Blues"), potem standardy. 40 minut wybornej muzyki. Komu nie wystarczy, odnajdzie Dona Josepha na płytach sekstetu Arta Mardigana. Pozostałe jego nagrania, z zespołami pod przewodnictwem Ala Cohna, Chucka Wayne’a, Gerry’ego Mulligana i Dave’a Schildkrauta, zebrano na kompilacji pt. "A Tribute to the Jazz Poetry of Don Joseph" (2016, Fresh Sound Records).



















