25/04/2026

NIE TYLKO MILES DAVIS - WEBSTER YOUNG

 __________________

Niezaprzeczalnie, Ben Webster (1909-1973) oraz Lester Young (1909-1959) pozostają legendami saksofonu tenorowego. Tym samym zestawienie 'Webster Young' przeciętnemu fanowi jazzu może po prostu kojarzyć się ze wspólnymi występami równolatków, do których zresztą dochodziło często. Oto jeden z pamiętniejszych, zarejestrowany: u boku Billy Holiday (1915-1959). 

I właśnie jej jedyną autorską płytę poświęcił niejaki Webster Young (1932-2003) — amerykański trębacz i kornecista, którego niniejszym przedstawiam. 

Fot. G. Logeman

Mimo że występował z najsłynniejszymi, w zasadzie został zapomniany. Podobno nie figuruje nawet w encyklopediach czy słownikach jazzu. Znalezienie jego zdjęcia graniczy niemal z cudem. 

Nagrań też zostawił niewiele. Pierwsze: "Interplay for 2 Trumpets and 2 Tenors" (1957, Prestige), gdzie towarzyszył m.in. Coltrane'owi. Cztery kolejne, poczynione z formacjami innego znakomitego saksofonisty, Jackiego McLeana, każdorazowo w 1957: "Fat Jazz" (1959, Jubilee), "Makin' the Changes" (1960, New Jazz), "A Long Drink of the Blues" (1959, New Jazz), "Strange Blues" (1967, Prestige). Wreszcie to własne, wspomniane, dedykowane Holidey: "For Lady" (1957, Prestige), uwielbiane przez fanów bopu. 


Znajdujemy tu połączenie serdeczności z melancholią. To muzyka introspektywna, stanowiąca wyznanie, wyciszona i nastrojowa. Emocjonalna głębia stowarzyszona została ze sprężystym bluesowym pląsem. Trudno obecnie pozyskać ten album, a naprawdę warto.

Niestety, zaraz po jego wydaniu, po intensywnych dziesięciu miesiącach znakomicie zapowiadającej się kariery... Young przepadł. Odnalazł się po kilku latach w St. Louis w stanie Missouri, zdaniem obserwatorów: w szczytowej formie. Wcześniej był nazywany "Małym Dizzy", teraz — "Małym Milesem". Nawet kornet — acz według innych trąbkę — pożyczył — acz według innych otrzymał w prezencie — od Davisa. Dwa zarejestrowane natenczas występy wydano dopiero po dwudziestu latach — w trzech woluminach pod wspólnym tytułem "Plays And Sings The Miles Davis Songbook" (1981, VGM Records). I znowu — nie bardzo wiadomo, co robił w międzyczasie; podobno uczył teorii muzyki na Uniwersytecie Dystryktu Kolumbii, chociaż niektórzy wspominają, że zniknął zupełnie.  



Nadzwyczajny dokument. Na trzech płytach znajdziemy dwa występy, z 5 oraz 19 sierpnia 1961 roku, łącznie jedenaście utworów (dwa z pierwszego, dziewięć z drugiego). Wcześniejszy, w kwartecie, odbył się w Jorgies Jazz Club; ciekawostką jest tu udział pianisty, Johna Hicksa (1941-2006), natomiast za perkusją zasiadł Gene Gammage. 

Lider zrobił tak pozytywne wrażenie, że zwołano kolejne spotkanie, tym razem w lokalnym klubie Nero's i w kwintecie, z wymieniającymi się saksofonistami tenorowymi (Freddie Washington bądź Red Anderson), z wymieniającymi się pianistami (John Chapman bądź Jodie Christian) oraz z perkusistą Chauncey'em Williamsem, których spontaniczna współpraca przebiegała na najwyższym poziomie. O ile "Volume One" i "Volume Three" są dobre, o tyle ta środkowa zasługuje na miano koncertowego arcydzieła — i z tego powodu jako jedyna na Discogs otrzymuje maksymalne noty. Doskonały bop / hard bop, zagrany z przekonaniem i pewnością, pomysłowy. Nie ma przesady w twierdzeniu, że mogliby konkurować z pierwszy słynnym Kwintetem Milesa Davisa, co dyskretnie zasugerowano poprzez tytuł.

Jedynym muzykiem, który towarzyszy Youngowi we wszystkich utworach, jest John / Johnny Mixon (1927-1996), mistrz kontrabasu z St. Louis. Wyczytać możemy, że partie tego instrumentu są słabo słyszalne i że nie pomógł nawet remastering z okazji edycji Fresh Sound Records z 2025. Owszem, jednak w momentach solowych (pozycje 1,3; 2,1; 2,2) wszystko uchwycono bardzo dobrze i to najlepsze fragmenty tej imprezy. Pozostaje ubolewać, że ktoś, kto nagrywał płyty z artystami takimi, jak Jimmy Forrest, Miles Davis, Lionel Hampton, jest tak zapoznany. Udostępniam zatem jego fotografię (trzyma gitarę basową marki Ampeg), znalezioną na stronie FB syna, Darella. Może kiedyś przedsięwezmę obszerniejszy wpis.



Płyta CD "A Quiet Legend (Live In Saint Louis 1961)", którą wyżej podlinkowałem, to zaledwie wybór; przed tym chciał uchronić inicjator winylowego projektu: "nie potrafię niczego usunąć". Według niego każdy z utworów zasługuje na odsłuch, na utrwalenie, tym bardziej że Webstera Younga już więcej nie usłyszymy. Potem jeszcze, w 1992, skorzystał z zaproszenia do Holandii — wystąpił kilkakrotnie z Rein de Graaff Trio i innym niedocenianym bohaterem trąbki ze Stanów Zjednoczonych, o którym przy innej okazji. Ku swojemu zdziwieniu, był rozpoznawany i traktowany z szacunkiem. Jednak chyba nie zachowały się te nagrania, a kolejnych już nie poczynił. 

Dziś o muzykach takich, jak Webster Young, możemy dowiedzieć się tylko od pasjonatów i ze strony cellocircles. Dlatego namawiam do jej polubienia na Facebooku.

05/04/2026

URSZULA MAZUREK: HARFISTKA "HERAKLITA" — I DAR DLA ARTEMIDY

Misji Artemis II może nie śledzę wnikliwie i na bieżąco, niemniej po jej zainicjowaniu udzielił mi się entuzjazm Jakuba Wiecha: “nic lepszego nie mogło nam się teraz trafić. Nam, ludziom”. W związku z tym natychmiast poczyniłem dystych: 

Gdy wokół Księżyca ugania się Artemida, 
u mnie rozbrzmiewa harfistka Heraklita. 

Owa “Artemida” (w zasadzie kapsuła Orion z czworgiem astronautów) naturalnego satelitę Ziemi okrąży dopiero pojutrze, tj. 7 kwietnia (czasu polskiego). Jednak “harfistka Heraklita” rozbrzmiewała u mnie dokładnie w momencie startu rakiety SLS z Centrum Kosmicznego Johna F. Kennedy’ego na Florydzie. 

Urszula Mazurek, 1970; fot. archiwum TVP / Forum.

Mowa oczywiście o prof. Urszuli Mazurek (1937-2026), która zmarła przed niespełna trzema miesiącami, dokładnie 18 stycznia. “Była wybitną solistką, kameralistką oraz nauczycielką. Jako pierwsza polska harfistka dokonała solowych nagrań płytowych”, podawał Mateusz Ciupka w “Ruchu Muzycznym”.

W tymże czasopiśmie (3/2026) Anna Sikorzak-Olek, jedna z wychowanek Mazurek, przypisuje jej renesans owego instrumentu strunowego w naszym kraju: "Była inspiratorką polskich kompozytorów, przed którymi odkryła możliwości sonorystyczne i techniczne harfy. Odkryła je też dla Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Znaczące były prawykonania, choćby Heraklitiany Bogusława Schaeffera na harfę i taśmę, będącej pierwszym performansem harfowym w Polsce; solowych Trzech szkiców Witolda Szalonka – dziś klasyki muzyki współczesnej; albo Concertina w dawnym stylu Macieja Małeckiego na dwie harfy i smyczki, gdy premierowo wystąpiła z Susanną Mildonian".


Drugą i trzecią z ww. kompozycji znajdziemy na CD2 kompilacji zatytułowanej "Harfa / Harp" (2006, Polskie Radio), obok dzieł innych współczesnych polskich twórców: Panufnika, Lutosławskiego, Schaeffera (ale tu Cztery utwory na harfę), Ptaszyńskiej, Bogusławskiego. CD2 zawiera klasykę europejską i rodzimą, stanowiąc uzupełnienie repertuaru z winylu "Sonatas For Harp" (Polskie Nagrania Muza)

Gdzie zaś podziewa się owa słynna Heraklitiana (1970), której pierwszą wersję Schaeffer przeznaczył właśnie Urszuli Mazurek, dopowiem przy innej okazji. Niniejszym poprzestanę na zacytowaniu kompozytora: "grać w duchu Heraklita — wszystko to należy podporządkować zasadzie wieloznaczności". Tak zatem wszystkie zachowane fragmenty nauczania filozofa z Efezu, żyjącego na przełomie VI i V wieku p.n.e., pochodzą z dzieła "O naturze". Tymczasem Diogenes Laertios informuje: "Autor złożył to dzieło jako votum w świątyni Artemidy [...]".

U mnie nie ma przypadków.


23/03/2026

PAMIĘTAMY, LECZ DO ŹRÓDŁA DOPIERO WRACAMY: BUD POWELL

 _______________

Debiutancki album Return To Forever z 1972 pokochałem i uwielbiałem, podobnie jak założyciela tej formacji. Tym samym "Remembering Bud Powell" (1997, Stretch Records) nabyłem natychmiast, kiedy pojawił się w dystrybucji. 


Nie wiedziałem, kim był adresat dedykacji; na powszechny dostęp do Internetu należało poczekać. Niemniej wyczytałem z załączonej broszury, że uważano go za następcę Arta Tatuma (1909-1956) oraz pioniera (obok Charliego Parkera, Dizzy'ego Gillespiego i Theloniousa Monka) nowego stylu, bopu tudzież bebopu. 

Tak wczesnymi nagraniami w młodości się nie fascynowałem, bardziej późniejszymi: hard bopem, post bopem czy fusion (owszem, dziesięć lat wte czy wewte czyni różnicę). Nie przeszkadzało mi to jednak delektować się kompozycjami Powella, wykonywanymi przez zespół jego rodaka. "Remembering…" okazało się płytą wyrazistą i spójną, zrytmizowaną i melodyjną, po prostu przekonującą. Doczekało się, co sprawdziłem teraz, wysokich ocen recenzentów (AllMusic, The Penguin Guide to Jazz Recordings), nominacji do Grammy, jak również pozytywnych reakcji słuchaczy (średnia na Discogs: 4,43/5).

Zainteresowanie Chickiem Coreą straciłem rok później. Również przyjaciół, z którymi złożył hołd Powellowi, unikam od końca ubiegłego stulecia. Wallace Roney – trąbka, Kenny Garrett – saksofon altowy, Joshua Redman – saksofon tenorowy, Christian McBride – kontrabas, to muzycy popularni i doceniani, lecz ich nagrania wydają się nazbyt konwencjonalne, oczywiste i wręcz nudnawe dla kogoś, kogo pochłonął free jazz i awangarda. Wyjątkiem był Roy Haynes – perkusista; jedyny z tej ekipy, który występował z Powellem, ponadto sporadycznie angażował się w nowoczesne projekty.

Bud Powell w Nowym Jorku, 1964; fot. Robert James Campbell.

Za sprawą Heraklita z Efezu nie powinno nas dziwić, że wszystko płynie (ta panta rhei). I we mnie odezwała się potrzeba powrotu. Nie tam, skąd przybyłem, a tam, gdzie niewystarczająco przebywałem. Zatem oprócz przesłuchiwania jazzu nowoorleańskiego, swingu, dixielandu itp., poznaję obecnie uważniej niż niegdyś bohaterów bopu/bebopu. W tym — Buda Powella (1924-1966), czyli jedną z najtragiczniejszych postaci w dziejach tego gatunku.

Wykształcony klasycznie, już w młodości został ogłoszony "geniuszem". Podczas wojny wypromował się w zespole trębacza Cootiego Williamsa (zamierzam go przedstawić w dziale #Nie_tylko_Miles_Davis). Niestety, w 1945 został pobity przez straż kolei. Odtąd uskarża się na chroniczne bóle głowy, zmaga z alkoholizmem, depresją, zażywa narkotyki. Często jest hospitalizowany; zazwyczaj przebywa na oddziałach psychiatrycznych, gdzie poddawano go elektrowstrząsom. Rozpaczał: "jestem kompozytorem i poetą, tymczasem niszczą mój umysł" (do własnych utworów dopisywał wiersze, lecz nie zachowały się). Zostaje nawet uznany za niepoczytalnego i ubezwłasnowolniony; według niektórych relacji bywa przetrzymywany przez doraźnych opiekunów, a podobno też dręczony.

Jednocześnie występuje i nagrywa z herosami bebopu i neo-bopu. Uczestniczył w obu największych koncertach jazzowych tamtych czasów, wydanych na płytach jako "One Night in Birdland" (1977) oraz "The Quintet: Jazz at Massey Hall" (1953). W pierwszym, z 15-16 maja 1950, wystąpili z nim: Charlie Parker – saksofon altowy, Fats Navarro – trąbka (zmarł półtora miesiąca później), Curley Russell – kontrabas, Art Blakey – perkusja. W drugim, z 15 maja 1953, towarzyszyli mu: Dizzy Gillespie – trąbka, znowu Charlie Parker – saksofon altowy, Charles Mingus – kontrabas oraz Max Roach – perkusja. A to zaledwie część spośród słynnych artystów, z którymi współpracował.

Stał się idolem pianistów, legendą (sam Chick Corea wspominał: "pozostał dla mnie nieustającą inspiracją"; oprócz wyżej omówionego albumu w 1979 skomponował utwór pt. „Bud Powell”). Na nim przede wszystkim wzorowana jest postać Dale'a Turnera, głównego bohatera dramatu muzycznego w reżyserii Bertranda Taverniera pt. "Około północy" ("Round Midnight", 1986). Jego kompozycję pt. "Un Poco Loco" słynny krytyk literacki, Harold Bloom (1930-2019), wpisał na listę najwybitniejszych dzieł sztuki amerykańskiej XX wieku. I tak dalej...

Wznawiane są kolejne z jego nagrań. Z tych najważniejszych, uważanych za arcydzieła, wymienić należy: "The Amazing Bud Powell, Vols. 1 & 2" (1956, Blue Note), "The Genius of Bud Powell" (1956, Mercury/Clef), "Inner Fires" (1982, Elektra), "Bud Plays Bird" (1996). Wszystko są to płyty z końca lat 40. oraz z lat 50. W okresie 1959-1964 Powell przebywał we Francji. Tam, wśród afroamerykańskich emigrantów, znalazł azyl; koncertuje i dalej nagrywa albumy wybitne, m.in. współtworzy jeden z najważniejszych w karierze Dextera Gordona: "Our Man in Paris" (1963, Blue Note). Zapada jednak na gruźlicę; opiekę nad nim przejmuje Francis Paudras – przyjaciel, któremu zawdzięczał życie. Po wyleczeniu powraca do Stanów Zjednoczonych, co okazało się fatalną decyzją.

Tuż przed wylotem, konkretnie w dniach 8–14 sierpnia 1964, wypoczywał w Jullouville (miejscowość w pobliżu Mont Saint-Michel, gdzie znajduje się jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Francji: sanktuarium św. Michała Archanioła). Koncerty w tamtejszej restauracji hotelowej zarejestrował Paudras. Ukazały się na kilku różnych płytach, w tym na prezentowanej: "Hot House" (1966, Fontana). Jest to pozycja szczególna, przez wielu traktowana jako znakomita: tak naprawdę ona, a nie powstała półtora tygodnia wcześniej "The Invisible Cage" (1964, Fontana & Black Lion), zasługuje na miano "ostatniego wartościowego nagrania" Powella. 

Duża w tym zasługa saksofonisty tenorowego, Johnny'ego Griffina. Sekcja rytmiczna (Guy Hayat na kontrabasie i Jacques Gervais na perkusji) gra stabilnie, wręcz metronomicznie. Natomiast lider jest szczęśliwy, zrelaksowany: ustawicznie gaworzy i kwacze. Mógłby poirytować współczesnego odbiorcę, gdyż zagłusza partie fortepianu, nadto rozstrojonego, a jakość nagrania jest słaba. Jednak nie. Jak zauważyli np. autorzy The Penguin Guide to Jazz Recordings, "muzyka owa posiada przedziwnie sugestywną jakość: bardziej przywodzi na myśl czasy dawno minione i człowieka, który już nie żyje, aniżeli wiele profesjonalnych nagrań".

Potem nastąpił rozkład. Zapoznawanie się z tym okresem udokumentowanym w poniższej biografii jest naprawdę przygnębiające. 


23/02/2026

WSPÓŁCZESNY ORFEUSZ I DZIEŁO JEGO SERCA

_________________________________________


— Nie, nie jestem Jowitą.

Marek Arens powinien był się domyślić. Jednak mężczyźni, zwłaszcza młodzi, nie należą do najbardziej inteligentnych stworzeń zasiedlających tę planetę. Nieważne, było, minęło, a Agnieszka już tutaj nie zamieszka. Żyje się dalej, nawet jeśli w więzieniu.

Tak pokrótce można odmówić „Jowitę” (1967), arcydzieło polskiego kina. Reżyseria: Janusz Morgenstern, scenariusz: Tadeusz Konwicki – na podstawie znakomitej powieści „Disneyland” Stanisława Dygata. I z muzyką Jerzego "Dudusia" Matuszkiewicza. 

W głównych rolach zabójczy czworokąt: Daniel „Krzywousty” Olbrychski, Barbara „Miss” Kwiatkowska-Lass, Zbigniew „Wsiądź do pociągu byle jakiego” Cybulski oraz Kalina „Zdobędę was wszystkich” Jędrusik. 

Dygota serce podczas seansu. Zwłaszcza kiedy spoglądamy na... Nią.


Fot. Peter Basch, 1961.


Wbrew pozorom, ikona polskiego kina, Barbara Kwiatkowska-Lass (1940-1995), nie miała życia usłanego różami. Pierwsze jej małżeństwo, z Romanem Polańskim, rozpadło się. Podobnie drugie, z Karlheinzem Böhmem. Dopiero związek z Leszkiem Żądło (ur. 1945) ją uszczęśliwił. Zamieszkali wspólnie w ówczesnej RFN (Niemcy Zachodnie). Wspomina Adam Baruch, krytyk muzyczny, który podobnie jak krakowski saksofonista w latach 60. opuścił ojczyznę z powodów politycznych:

„W latach 80. i pierwszej połowie 90. z moją rodziną (z żoną i córką) spędziliśmy wiele dni w tym niezwykłym domu pod Monachium, gdzie Leszek i Basia, wraz z gromadką pięknych psów, gościli nas zawsze z przyjaźnią, miłością, świetnym jedzeniem i znakomitym towarzystwem. Dzieliliśmy się naszą empatią, wrażliwością, zamiłowaniem do muzyki, filmów i oczywiście psów, spędzając czas na długich rozmowach, biesiadując przy winie do późna w nocy”.

Jednak mityczne czasy przepadły. Barbara osamotniła Leszka niczym Eurydyka swojego Orfeusza — z nagła. Opuściła na moment jego koncert, by wraz z koleżanką uczestniczyć w konkurencyjnym i tam doznała wylewu. Spoczywa w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, a jej nagrobek ozdabia pomnik Mariana Koniecznego.

Nazajutrz po pochówku, 6 kwietnia 1995 Leszek Żądło, za namową przyjaciół, wstąpił do nowohuckiego Studio Stebo, by wyznać jej to, co powtarza nadal: „Gdyby[ś] żyła, bylibyśmy na pewno w dalszym ciągu razem, dla mnie to był taki wieczny związek”. Towarzyszyli mu: Janusz Stefański (1946-2016) – wirtuoz perkusji, który współtworzył najwybitniejsze albumy w historii polskiego jazzu, oraz nowotarżanin Andrzej Cudzich (1960-2003) – uznawany za jednego z najwybitniejszych polskich kontrabasistów. „Incydentalne trio, ale legenda jazzu, nie tylko polskiego!”, jak stwierdza kierownictwo wytwórni For Tune, które pozyskało materiał i wydało w 2018 roku jako "miss b.", z podtytułem: "in memoriam Barbara Kwiatkowska-Lass". Dopiero i nareszcie! W innym kraju mogłoby to być wydarzenie na miarę ostatnich nagrań Coltrane'a. U nas wychynęło z zapomnienia, po czym (takie odnoszę wrażenie) znowu w zapomnienie popadło. A nie powinno.




Sześć kompozycji, cztery pierwsze Żądły, potem dwa standardy. Zaczyna się od „Song of a Nice Death” i słusznie prawi recenzent: „takiego poziomu autentycznych emocji nie znajdziecie Państwo w żadnym innym wykonaniu utworu o charakterze epitafium”. Potem tytułowa „Miss B.” – powstała jeszcze w 1977. Tak jak Komeda dedykował żonie wiekopomny „Crazy Girl”, tak również tutaj znajdziemy wyraz uwielbienia dla ukochanej partnerki. W kolejnych utworach mamy świadectwo mistrzowskiej improwizacji. Słychać, iż w grze lidera „najwięcej jest Sidneya Becheta i Coltrane’a”. Natomiast sekcja rytmiczna współtworzy to wybitne dzieło na równi z nim. Dla Niej. Dla Niego. Dla nich wszystkich, wespół. A teraz – także i dla nas. O czym przypominam sukcesywnie.

Albowiem: „Uszła cało pieśń Orfeusza poufna, ezoteryczna, trwalsza niż róże śmiertelne” (Andrzej Pleśniewicz).

11/02/2026

WSPÓŁCZESNE ORKIESTRY JAZZOWE: #2

___________________

Satoko Fujii Orchestra – "South Wind".


***

Małżeństwo z Japonii, czyli pianistkę Satoko Fujii i trębacza Natsuki Tamurę poznałem za sprawą płyty "In Krakow In November" (2006, Not Two Records). Słuchałem jej bez opamiętania, zwłaszcza w pamiętnym lutym 2022 roku. Zabrzmiała żałobnie, jakby powstała tuż po zagładzie Hiroszimy i Nagasaki. Wyróżniała się przy tym szlachetnością i rzadko spotykanym pięknem (moja ocena: 5/5).



Tę pozycję z ich dyskografii nawet prezentowałem. Poza występami w duecie współtworzą jednak kilka innych istotnych projektów. Również orkiestrę, która doczekała się pięciu wariantów, dwóch zagranicznych: nowojorskiego i berlińskiego oraz trzech rodzimych: tokijskiego, nagojskiego, wreszcie z Kobe. W zależności od umiejscowienia zmienia się skład (np. w stolicy Niemiec gościła nasza saksofonistka barytonowa, Paulina Owczarek). 

Band z Nowego Jorku ma pierwszeństwo — powstał najwcześniej, ponadto dorobił się aż dziesięciu albumów. Współtworzą go oczywiście muzycy amerykańscy oraz japońscy, ale z USA mocno związani. Omawiana pozycja to debiut, ukazała się w 1997 nakładem Leo Lab, natomiast ja posiadam reedycję Libra Records


W nagraniach udział wzięli:

Oscar Noriega – saksofon altowy i klarnet basowy; 

Briggan Krauss – saksofon altowy i klarnet;

Andy Laster – saksofon barytonowy i klarnet;

Tony Malaby – saksofony tenorowy i sopranowy;

David Castiglione – saksofony tenorowy i sopranowy, flet bambusowy;

Curtis Hasselbring, Joe Fiedler i Joey Sellers – puzony;

Dave Ballou i Natsuki Tamura – trąbki;

Herb Robertson – trąbka, kornet, róg myśliwski;

Stomu Takeishi – gitara basowa;

Aaron Alexander – perkusja; 

Satoko Fujii – fortepian (w dwóch utworach zastąpiła ją Yuko Yamaoka), kompozycja i kierownictwo. 

Mamy do czynienia ze zdecydowanym, bezwzględnym free jazzem o awangardowym posmaku, z domieszką rocka symfonicznego i funku. Nie ma co ukrywać: to dzikie granie, hałaśliwe, dla większości nieznośne. Liderka zebrała imponującą ekipę trębaczy, saksofonistów i puzonistów. Stąd na niewyszukaną pracę sekcji rytmicznej nakładają się szarże czy fanfary instrumentów dętych. Tu i tam nastaje prawdziwe pandemonium, tu i ówdzie pojawiają się momenty humorystyczne. Przestoje też się zdarzają, a wówczas na placu boju pozostają soliści, jakby w stanie spoczynku. Coś tam snują, marudzą, mruczą, smucą czy pierdzą. Nie bagatelizuję, bynajmniej – to najbardziej adekwatne określenia omawianej dźwiękosfery.

Nie jest to może muzyka wyrafinowana, nie oceniam jej najwyższej (4/5), niemniej każdą kolejną odsłonę orkiestry Fujii przyjmowałem z zainteresowaniem. To przemawia na korzyść tego projektu.

06/02/2026

WSPÓŁCZESNE ORKIESTRY JAZZOWE: #1

____________________ 

Dolmen Orchestra — "Sequenze Armoniche (Some Gregorian Reflections)". Włoski zespół, którym dyryguje Nicola Pisani (pod koniec niesłusznie pominięty przez konferansjera, co oburza jakąś panią na widowni). To jego debiut płytowy z 2000, rok później ukazała się jeszcze "Minotrauma". Obie za sprawą Leo Records. 

Dysk wypatrzyłem w sklepie muzycznym w Rimini. Oferta jazzu miała tam być bogata, jednak na półkach niewiele ciekawych rzeczy widniało: same oczywistości. Akurat tej pozycji nie znałem, a decyzję trzeba było podjąć szybko. Bura okładka nie zachęcała. Mimo to wziąłem. 

Po pierwsze, zaciekawiła mnie nazwa: oznacza grobowiec z okresu neolitu, megalityczny, czyli wykonany zazwyczaj z dwu- lub trzymetrowych głazów. Po drugie, tytuł. Trudno nie zwrócić nań uwagi. Otwiera wrota do tajemnicy. Po trzecie, płytę wydała brytyjska wytwórnia, która na awangardzie stoi. Po czwarte, skład wzbogacili (to najodpowiedniejsze określenie) wyjątkowi obcokrajowcy: francuska wokalistka Linda Bsiri, jej rodak i wieloletni współpracownik — tubista i serpentysta Michel Godard (ur. 1960) oraz angielski saksofonista barytonowy i sopranowy John Surman (ur. 1944). Po piąte... atrakcyjna cena, zwłaszcza dla turysty z Polski. 

Znajdziemy tu pięć utworów, zarejestrowanych podczas koncertów: w Molfetta (1997), Bari oraz Barletta (1998). Upowszechniał się natenczas zwyczaj występowania na dziedzińcach i placach, w kościołach i zamkach, a nawet w kamieniołomach czy kopalniach. Byle uwieść publiczność, która chętnie przebywa w tym podobnych miejscach historycznych. Niestety, przełożyło się to na jakość nagrań, momentami nienadzwyczajną. Może dlatego pierwsze wrażenie było średnie. Uznałem, że materiał jest przyzwoity, lecz niezbyt sugestywny. Przyznałem notę 4/5, odstawiłem. 

Dopiero w grudniu 2022, około godziny 23:00, naszło mnie, by znowu spróbować. I oto w ciszy nocnej Dolmen Orchestra rozbrzmiała tak urokliwie, że album odtworzyłem aż trzykrotnie, zaś nazajutrz kontynuowałem. Na Discogs zdefiniowane to zostało jako awangardowy jazz, co wydaje się paradoksem, zważywszy, jak mocno koncepcja całości zakorzeniona jest w dawnej muzyce europejskiej. Ponadto ramy projektu stanowi łacińska sekwencja wielkanocna — Victimae Paschali Laudes. Pojawia się kilkakrotnie, każdorazowo wyraźnie, acz nienachalnie (zresztą nikomu rozsądnemu motywy religijne w tekstach kultury nie zawadzają). 

Na pewno nie można mówić o "przesakralizowaniu" tudzież ujednostajnieniu repertuaru. Ten, przeciwnie, posiada bardzo zróżnicowany charakter, tym bardziej że do wykonania zaangażowanych zostało niemal dwudziestu muzyków. Free jazzowa nonszalancja sąsiaduje tutaj z dworską powagą, apulijski tarantyzm z gregoriańską nabożością, operowy rozmach z modlitewnym wyciszeniem. Ponadto przemyślana narracja sprawia, iż najdłuższe utwory wręcz oszałamiają, np. trzeci i piąty. Należy wspomnieć przy tym o fenomenalnych solówkach: na saksofonach (lirycznych jak u Szukalskiego), tubie, trąbce bądź kontrabasie. 

Ostatecznie podniosłem notę na 5/5. I znalazłem klucz do serca kobiety, pozwalający wprowadzić tam tego rodzaju muzykę "dla zaawansowanych".


03/01/2026

THE POWER OF POLISH VIOLIN

 __________________________

Nagłówek zapożyczyłem od tytułu albumu, który sygnuje jeden z mistrzów wymienionego instrumentu, prof. Sławomir Tomasik. Dzisiaj jednak o potędze naszych skrzypiec będą pokrótce przekonywać inni. Najsampierw Feliks Janiewicz (1762-1848) oraz Zbigniew Pilch (ur. 1971). Następnie Karol Lipiński (1790-1861) oraz Konstanty Andrzej Kulka (ur. 1947)


Temat ten, niestety niezbyt kojarzony nawet przez rodaków, postaram się omówić dokładniej. Tymczasem zapraszam do posłuchania fascynujących fragmentów polskiej muzyki końca XVIII i pierwszej połowy XIX wieku.





01/01/2026

POTRÓJNA KREATYWNOŚĆ, CZYLI ROZIMPROWIZOWANE TRIA JAZZOWE

______________________________________

Tym razem zamierzam przedstawić rewelacyjne tria jazzowe. Spotkania, zazwyczaj incydentalne, trzech bądź trojga wybitnych artystów (na pięciu z sześciu prezentowanych CD występują kobiety, lecz na żadnej wyłącznie), udokumentowane przez wytwórnie, w katalogu których niejedną wyjątkową pozycję można odnaleźć: włoską Rudi Records, szwedzką LJ Records, angielską Emanem, kanadyjską Les Disques VICTO oraz amerykańskie: Hanceforth Records i Music & Arts.


"Live in Ventotene" (2012, Rudi Records), album wydany dekadę po festiwalu, którego dokument stanowi. Spotkali się wtedy: Antonello Salis (ur. 1950), Giancarlo Schiaffini (ur. 1942) oraz Mohssen Kasirossafar (ur. 1955). Dwaj pierwsi to niezaprzeczalne legendy włoskiego jazzu: tego ambitniejszego, ukierunkowanego na improwizację tudzież awangardę. Trzeci jest perkusistą z Iranu, lecz w Italii zamieszkałym; sporadycznie zatrudniany w Giancarlo Schiaffini Quintet, wykonuje też muzykę średniowieczną i tradycyjną bliskowschodnią. 

Czytamy w zapowiedzi: "For the entire sessions, the three musicians maintain a high level of interaction, providing a formal balance to the music we listen to. A music that, free from scores, feeds on the spontaneous creativity of the individual musicians". 

Powyższe niezupełnie się potwierdziło. Mamy tu dwie osobne sesje. Rozpoczyna akordeonista: kwadrans solo. Żywiołowy, różnorodny jak wybrzeże wyspy, poszarpany i niespokojny to występ; acz gdzieniegdzie równoważony tonami zapożyczonymi od Ennio Morricone. 

Potem w duecie zaistnieją puzonista i perkusista na perskich instrumentach: zarb (tombak / tonbak) oraz daf. Kiedy wspomaga ich Salis, robi się najciekawiej. Zwłaszcza podczas ostatnich utworów, kiedy się zgrali i udzielił się im trans (podobno towarzyszyła im naówczas tancerka, Paola Compagna). Niestety, wtedy płyta się kończy. Pozostaje niedosyt, że nie doczekaliśmy się kontynuacji.

Fot. z okładki, podpisana.

*

Biggi Vinkeloe Trio stworzyło małżeństwo: saksofonistka Biggi Vinkeloe (ur. 1956) oraz perkusista Peeter Uuskyla (ur. 1951). W ostatniej dekadzie ubiegłego wieku zapraszali do współpracy najznakomitszych kontrabasistów i basistów: Georga Wolfa, Barrego Phillipsa (1934-2024), Petera Friisa Nielsena (ur. 1948). Na "Slowdrags And Interludes" (1999, LJ Records) jest to akurat Peter Kowald (1944-2002), z którym występowali już w 1995. Granie spokojne, rozleniwione poniekąd, pozwalające delektować się dźwiękiem. W niektórych momentach przyspieszenie, bez szaleństw jednak. Utwory w większości krótkie, w przedziale od półtora do trzech minut. Rozwinęli skrzydła podczas kolejnego spotkania, rok później, na Festiwalu Jazzowym w Umeå, co można porównać na BandcampBandcamp. Na tym poprzestanę, na razie.

Fot. Gudrun Edel.

*

Śmierć przeszkadza wszystkim. Różne zamiary udaremnia. W 2023 roku śmierć Martina Davidsona zakończyła działalność wytwórni Emanem: zamówień już nie realizuje, a wpłaty są odsyłane. Niemal trzydzieści lat wcześniej śmierć Johna Stevensa (1940-1994), perkusisty i trębacza, zakończyła działalność jednego z najbardziej twórczych stowarzyszeń w dziejach jazzu — Spontaneous Music Ensemble (SME). To właśnie Davidson usilnie zabiegał o to, by ten fenomen upamiętnić.

W wywiadzie przeprowadzonym z nim w 2003 roku, gitarzysta Roger Smith (ur. 1948) ubolewał: "Johna [Stevensa] nie sposób zastąpić". Z nim oraz ze skrzypaczką Nigel Coombes (ur. 1952) spotykali się pod koniec ubiegłego wieku w Londynie: sporadycznie, lecz i tak ta wersja ansamblu istniała najdłużej, bo ponad piętnaście lat. Czy to domówki, czy koncerty; w każdym razie traktowali występy niefrasobliwie: rejestrowali albo nie, niektóre przepadły, inne odrzucano z powodu słabej jakości. 

Na szczęście posiadamy na przykład "Hot and Cold Heroes" (1996, Emanem). Radykalna improwizacja: "etos SME doprowadzony do skrajności". Pięć pozycji: jedna z marca 1980 (niemal półgodzinna), kolejne trzy z października i wreszcie jedna z grudnia 1991. W czwartej, chyba najbardziej hałaśliwej i zwariowanej, pojawili się jeszcze Neil Metcafle na flecie oraz John Rangecroft na klarnecie. Fotografii nie załączę: trudno je pozyskać, podobnie jak nagrania. Odsyłam natomiast tu i tu.


*

Baggerboot — "Baggerboot" (2005, Henceforth Records). Album zarejestrowany w 2003 w ośrodku kultury niewielkiej belgijskiej miejscowości Flobecq, za który odpowiadają europejscy muzycy: Gunda Gottschalk (ur. 1969) — skrzypce i altówka, Peter Jacquemyn (ur. 1963) — kontrabas, Ute Völker (ur. 1963) — akordeon. Współpracowali z plejadą jazzmanów i improwizatorów, do tejże się zaliczają. 

Utwory przedłożyli trzy, ponumerowane, o wspólnym tytule: "Cascade" (trwają od dwunastu do ponad dwudziestu pięciu minut). To jakby suita, bezkompromisowa zarówno w tych natarczywych i hałaśliwych, jak spowolnionych i subtelnych momentach. Kaskady dźwięków mogą oszołomić nawet doświadczonego odbiorcę. Awangardowa kompozytorka i akordeonistka, Pauline Oliveros, w lakonicznej nocie rozstrzyga wszakże: we wszystkim tym tkwi "świadomość i komunikacja", "satysfakcjonujące poczucie jedności", a także "wielowymiarowość". "Odważne, nieprzewidywalne brzmienia", dopowiada jeden z fanów, John Sax.

Fot. Cristina Marx / Photomusix (Gottschalk) oraz Silke Kammann (Völker).
Zdjęcie Petera Jacquemyna z jego profilu na FB.

*

Beñat Achiary (ur. 1947), francuski wokalista awangardowy, którego wolno kojarzyć z takimi artystami, jak z Phil Minton czy Jaap Blonk. Jednak, co podkreślają krytycy, nie unika "otwartego, czystego śpiewu", "często posługuje się zaskakująco pięknym tonem". Zapewne dlatego, że w młodości fascynowali go Billie Holiday i Darío Moreno. Przede wszystkim jednak został ukształtowany przez ludową tradycję śpiewaków z Soule: "Dla mnie wszystko śpiewa i wszystko jest zdolne do śpiewania [...]. W końcu urodziłem się w Kraju Basków, gdzie miłość do śpiewu jest wszechobecna. Śpiewam od dnia narodzin i, jak dla wszystkich Basków, śpiewanie było dla mnie centralnym punktem wszystkich wydarzeń w życiu: uroczystości, nabożeństw, chwil samotności, pracy". 

Obok niego rodak, wybitny improwizator i saksofonista sopranowy — Michel Doneda (ur. 1954). Przyjaźnią się i współpracują od kilkudziesięciu lat, a godne polecenia projekty ich autorstwa znajdziemy na przykład tu czy tu

I jeszcze ona. Kazue Sawai (ur. 1941), grająca na koto, której nauczycielem był legendarny Michio Miyagi. Wykonuje muzykę współczesną, ale jest też ekspertem w zakresie improwizacji, stąd jej ustawiczne kontakty z najznamienitszymi jazzmanami. 

"Temps Couché" (1998, Les Disques Victo), zarejestrowane w 1997 właśnie podczas festiwalu jazzowego w Le Mans, to nieomal misterium. Występ odbywa się w jakimś nadmiarze powagi, skupienia. Chociaż patronuje mu barthesowski zamiar rozpracowania paralelizmów międzykulturowych, powstały "symultaniczne światy dźwiękowe" (John Corbett). Nikt nie zabiega o zgranie czy mimikrę. W pełni uszanowano niezależność i odmienność. Z drugiej strony, jakkolwiek każdego z tych artystów można osobno pomyśleć i osobno usłyszeć, odkrywanie tego, co współtworzą, budzi zdumienie i podziw. W momentach najintensywniejszych, w ekstatycznym wi(b)rowaniu, dopełniają się niewiarygodnie. Wskazać tu można sekwencje wręcz genialne.

Nie ustaliłem autorstwa wykorzystanych zdjęć.

*

Golia, Léandre, Filiano — "Haunting The Spirits Inside Them..." (1995, Music & Arts). Album z kategorii tych upragnionych. Niemal 75 minut improwizacji. Konkretnie osiem utworów, zarejestrowanych w kalifornijskim studio w 1992. "Nawiedzenie, przebudzenie i oczyszczenie ducha", podsumował krytyk. A całości patronuje Giacinto Scelsi. 

Po prawej stronie ustawiła się mistrzyni kontrabasu, Joëlle Léandre (ur. 1951). Z kolei lewą zajął inny as tego instrumentu, znakomity Ken Filiano (ur. 1952). Pośrodku usytuował się natomiast jeden z najwybitniejszych awangardowych saksofonistów, Vinny Golia (ur. 1946). Tutaj poprzestał wszakże na fletach, klarnetach, shakuhachi i okarynie. 

Fot. Jeff Humbert (Léandre) oraz Peter Gannushkin (Filiano i Golia).


*

Omówiłem sześć pozycji. Wymagania stawiają najwyższe. Bez obycia w niekonwencjonalnych dźwiękach i stylistykach można niestety się z nimi rozejść. Domagają się otwartego umysł i ciekawości, pasji poznawczej i pragnienia zgłębiania. Nieodzowna jest dyspozycyjność — a przy okazji skłonność, by ją zainwestować tak w kontemplację, jak studiowanie. Należy potrafić utrzymać koncentrację. Potrzebny jest też dobrej jakości sprzęt stereo i korzystne warunki akustyczne, et cetera.

Szczęśliwego Nowego Roku!


NIE TYLKO MILES DAVIS - WEBSTER YOUNG

 __________________ Niezaprzeczalnie, Ben Webster (1909-1973) oraz Lester Young (1909-1959) pozostają legendami saksofonu tenorowego. Tym sa...