______________________________________
Tym razem zamierzam przedstawić rewelacyjne tria jazzowe. Spotkania, zazwyczaj incydentalne, trzech bądź trojga wybitnych artystów (na pięciu z sześciu prezentowanych CD występują kobiety, lecz na żadnej wyłącznie), udokumentowane przez wytwórnie, w katalogu których niejedną wyjątkową pozycję można odnaleźć: włoską Rudi Records, szwedzką LJ Records, angielską Emanem, kanadyjską Les Disques VICTO oraz amerykańskie: Hanceforth Records i Music & Arts.
"Live in Ventotene" (2012, Rudi Records), album wydany dekadę po festiwalu, którego dokument stanowi. Spotkali się wtedy: Antonello Salis (ur. 1950), Giancarlo Schiaffini (ur. 1942) oraz Mohssen Kasirossafar (ur. 1955). Dwaj pierwsi to niezaprzeczalne legendy włoskiego jazzu: tego ambitniejszego, ukierunkowanego na improwizację tudzież awangardę. Trzeci jest perkusistą z Iranu, lecz w Italii zamieszkałym; sporadycznie zatrudniany w Giancarlo Schiaffini Quintet, wykonuje też muzykę średniowieczną i tradycyjną bliskowschodnią.
Czytamy w zapowiedzi: "For the entire sessions, the three musicians maintain a high level of interaction, providing a formal balance to the music we listen to. A music that, free from scores, feeds on the spontaneous creativity of the individual musicians".
Powyższe niezupełnie się potwierdziło. Mamy tu dwie osobne sesje. Rozpoczyna akordeonista: kwadrans solo. Żywiołowy, różnorodny jak wybrzeże wyspy, poszarpany i niespokojny to występ; acz gdzieniegdzie równoważony tonami zapożyczonymi od Ennio Morricone.
Potem w duecie zaistnieją puzonista i perkusista na perskich instrumentach: zarb (tombak / tonbak) oraz daf. Kiedy wspomaga ich Salis, robi się najciekawiej. Zwłaszcza podczas ostatnich utworów, kiedy się zgrali i udzielił się im trans (podobno towarzyszyła im naówczas tancerka, Paola Compagna). Niestety, wtedy płyta się kończy. Pozostaje niedosyt, że nie doczekaliśmy się kontynuacji.
![]() |
| Fot. z okładki, podpisana. |
*
Biggi Vinkeloe Trio stworzyło małżeństwo: saksofonistka Biggi Vinkeloe (ur. 1956) oraz perkusista Peeter Uuskyla (ur. 1951). W ostatniej dekadzie ubiegłego wieku zapraszali do współpracy najznakomitszych kontrabasistów i basistów: Georga Wolfa, Barrego Phillipsa (1934-2024), Petera Friisa Nielsena (ur. 1948). Na "Slowdrags And Interludes" (1999, LJ Records) jest to akurat Peter Kowald (1944-2002), z którym występowali już w 1995. Granie spokojne, rozleniwione poniekąd, pozwalające delektować się dźwiękiem. W niektórych momentach przyspieszenie, bez szaleństw jednak. Utwory w większości krótkie, w przedziale od półtora do trzech minut. Rozwinęli skrzydła podczas kolejnego spotkania, rok później, na Festiwalu Jazzowym w Umeå, co można porównać na Bandcamp i Bandcamp. Na tym poprzestanę, na razie.
![]() |
| Fot. Gudrun Edel. |
*
Śmierć przeszkadza wszystkim. Różne zamiary udaremnia. W 2023 roku śmierć Martina Davidsona zakończyła działalność wytwórni Emanem: zamówień już nie realizuje, a wpłaty są odsyłane. Niemal trzydzieści lat wcześniej śmierć Johna Stevensa (1940-1994), perkusisty i trębacza, zakończyła działalność jednego z najbardziej twórczych stowarzyszeń w dziejach jazzu — Spontaneous Music Ensemble (SME). To właśnie Davidson usilnie zabiegał o to, by ten fenomen upamiętnić.
W wywiadzie przeprowadzonym z nim w 2003 roku, gitarzysta Roger Smith (ur. 1948) ubolewał: "Johna [Stevensa] nie sposób zastąpić". Z nim oraz ze skrzypaczką Nigel Coombes (ur. 1952) spotykali się pod koniec ubiegłego wieku w Londynie: sporadycznie, lecz i tak ta wersja ansamblu istniała najdłużej, bo ponad piętnaście lat. Czy to domówki, czy koncerty; w każdym razie traktowali występy niefrasobliwie: rejestrowali albo nie, niektóre przepadły, inne odrzucano z powodu słabej jakości.
Na szczęście posiadamy na przykład "Hot and Cold Heroes" (1996, Emanem). Radykalna improwizacja: "etos SME doprowadzony do skrajności". Pięć pozycji: jedna z marca 1980 (niemal półgodzinna), kolejne trzy z października i wreszcie jedna z grudnia 1991. W czwartej, chyba najbardziej hałaśliwej i zwariowanej, pojawili się jeszcze Neil Metcafle na flecie oraz John Rangecroft na klarnecie. Fotografii nie załączę: trudno je pozyskać, podobnie jak nagrania. Odsyłam natomiast tu i tu.
*
Baggerboot — "Baggerboot" (2005, Henceforth Records). Album zarejestrowany w 2003 w ośrodku kultury niewielkiej belgijskiej miejscowości Flobecq, za który odpowiadają europejscy muzycy: Gunda Gottschalk (ur. 1969) — skrzypce i altówka, Peter Jacquemyn (ur. 1963) — kontrabas, Ute Völker (ur. 1963) — akordeon. Współpracowali z plejadą jazzmanów i improwizatorów, do tejże się zaliczają.
Utwory przedłożyli trzy, ponumerowane, o wspólnym tytule: "Cascade" (trwają od dwunastu do ponad dwudziestu pięciu minut). To jakby suita, bezkompromisowa zarówno w tych natarczywych i hałaśliwych, jak spowolnionych i subtelnych momentach. Kaskady dźwięków mogą oszołomić nawet doświadczonego odbiorcę. Awangardowa kompozytorka i akordeonistka, Pauline Oliveros, w lakonicznej nocie rozstrzyga wszakże: we wszystkim tym tkwi "świadomość i komunikacja", "satysfakcjonujące poczucie jedności", a także "wielowymiarowość". "Odważne, nieprzewidywalne brzmienia", dopowiada jeden z fanów, John Sax.
![]() |
| Fot. Cristina Marx / Photomusix (Gottschalk) oraz Silke Kammann (Völker). Zdjęcie Petera Jacquemyna z jego profilu na FB. |
*
Beñat Achiary (ur. 1947), francuski wokalista awangardowy, którego wolno kojarzyć z takimi artystami, jak z Phil Minton czy Jaap Blonk. Jednak, co podkreślają krytycy, nie unika "otwartego, czystego śpiewu", "często posługuje się zaskakująco pięknym tonem". Zapewne dlatego, że w młodości fascynowali go Billie Holiday i Darío Moreno. Przede wszystkim jednak został ukształtowany przez ludową tradycję śpiewaków z Soule: "Dla mnie wszystko śpiewa i wszystko jest zdolne do śpiewania [...]. W końcu urodziłem się w Kraju Basków, gdzie miłość do śpiewu jest wszechobecna. Śpiewam od dnia narodzin i, jak dla wszystkich Basków, śpiewanie było dla mnie centralnym punktem wszystkich wydarzeń w życiu: uroczystości, nabożeństw, chwil samotności, pracy".
Obok niego rodak, wybitny improwizator i saksofonista sopranowy — Michel Doneda (ur. 1954). Przyjaźnią się i współpracują od kilkudziesięciu lat, a godne polecenia projekty ich autorstwa znajdziemy na przykład tu czy tu.
I jeszcze ona. Kazue Sawai (ur. 1941), grająca na koto, której nauczycielem był legendarny Michio Miyagi. Wykonuje muzykę współczesną, ale jest też ekspertem w zakresie improwizacji, stąd jej ustawiczne kontakty z najznamienitszymi jazzmanami.
"Temps Couché" (1998, Les Disques Victo), zarejestrowane w 1997 właśnie podczas festiwalu jazzowego w Le Mans, to nieomal misterium. Występ odbywa się w jakimś nadmiarze powagi, skupienia. Chociaż patronuje mu barthesowski zamiar rozpracowania paralelizmów międzykulturowych, powstały "symultaniczne światy dźwiękowe" (John Corbett). Nikt nie zabiega o zgranie czy mimikrę. W pełni uszanowano niezależność i odmienność. Z drugiej strony, jakkolwiek każdego z tych artystów można osobno pomyśleć i osobno usłyszeć, odkrywanie tego, co współtworzą, budzi zdumienie i podziw. W momentach najintensywniejszych, w ekstatycznym wi(b)rowaniu, dopełniają się niewiarygodnie. Wskazać tu można sekwencje wręcz genialne.
![]() |
| Nie ustaliłem autorstwa wykorzystanych zdjęć. |
*
Golia, Léandre, Filiano — "Haunting The Spirits Inside Them..." (1995, Music & Arts). Album z kategorii tych upragnionych. Niemal 75 minut improwizacji. Konkretnie osiem utworów, zarejestrowanych w kalifornijskim studio w 1992. "Nawiedzenie, przebudzenie i oczyszczenie ducha", podsumował krytyk. A całości patronuje Giacinto Scelsi.
Po prawej stronie ustawiła się mistrzyni kontrabasu, Joëlle Léandre (ur. 1951). Z kolei lewą zajął inny as tego instrumentu, znakomity Ken Filiano (ur. 1952). Pośrodku usytuował się natomiast jeden z najwybitniejszych awangardowych saksofonistów, Vinny Golia (ur. 1946). Tutaj poprzestał wszakże na fletach, klarnetach, shakuhachi i okarynie.
![]() |
| Fot. Jeff Humbert (Léandre) oraz Peter Gannushkin (Filiano i Golia). |
Omówiłem sześć pozycji. Wymagania stawiają najwyższe. Bez obycia w niekonwencjonalnych dźwiękach i stylistykach można niestety się z nimi rozejść. Domagają się otwartego umysł i ciekawości, pasji poznawczej i pragnienia zgłębiania. Nieodzowna jest dyspozycyjność — a przy okazji skłonność, by ją zainwestować tak w kontemplację, jak studiowanie. Należy potrafić utrzymać koncentrację. Potrzebny jest też dobrej jakości sprzęt stereo i korzystne warunki akustyczne, et cetera.
Szczęśliwego Nowego Roku!






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz