___________________
Satoko Fujii Orchestra – "South Wind".
***
Małżeństwo z Japonii, czyli pianistkę Satoko Fujii i trębacza Natsuki Tamurę poznałem za sprawą płyty "In Krakow In November" (2006, Not Two Records). Słuchałem jej bez opamiętania, zwłaszcza w pamiętnym lutym 2022 roku. Zabrzmiała żałobnie, jakby powstała tuż po zagładzie Hiroszimy i Nagasaki. Wyróżniała się przy tym szlachetnością i rzadko spotykanym pięknem (moja ocena: 5/5).
Tę pozycję z ich dyskografii nawet prezentowałem. Poza występami w duecie współtworzą jednak kilka innych istotnych projektów. Również orkiestrę, która doczekała się pięciu wariantów, dwóch zagranicznych: nowojorskiego i berlińskiego oraz trzech rodzimych: tokijskiego, nagojskiego, wreszcie z Kobe. W zależności od umiejscowienia zmienia się skład (np. w stolicy Niemiec gościła nasza saksofonistka barytonowa, Paulina Owczarek).
Band z Nowego Jorku ma pierwszeństwo — powstał najwcześniej, ponadto dorobił się aż dziesięciu albumów. Współtworzą go oczywiście muzycy amerykańscy oraz japońscy, ale z USA mocno związani. Omawiana pozycja to debiut, ukazała się w 1997 nakładem Leo Lab, natomiast ja posiadam reedycję Libra Records.
W nagraniach udział wzięli:
Oscar Noriega – saksofon altowy i klarnet basowy;
Briggan Krauss – saksofon altowy i klarnet;
Andy Laster – saksofon barytonowy i klarnet;
Tony Malaby – saksofony tenorowy i sopranowy;
David Castiglione – saksofony tenorowy i sopranowy, flet bambusowy;
Curtis Hasselbring, Joe Fiedler i Joey Sellers
– puzony;
Dave Ballou i Natsuki Tamura – trąbki;
Herb Robertson – trąbka, kornet, róg myśliwski;
Stomu Takeishi – gitara basowa;
Aaron Alexander – perkusja;
Satoko Fujii – fortepian (w dwóch utworach zastąpiła ją Yuko Yamaoka), kompozycja i kierownictwo.
Mamy do czynienia ze zdecydowanym, bezwzględnym free jazzem o awangardowym posmaku, z domieszką rocka symfonicznego i funku. Nie ma co ukrywać: to dzikie granie, hałaśliwe, dla większości nieznośne. Liderka zebrała imponującą ekipę trębaczy, saksofonistów i puzonistów. Stąd na niewyszukaną pracę sekcji rytmicznej nakładają się szarże czy fanfary instrumentów dętych. Tu i tam nastaje prawdziwe pandemonium, tu i ówdzie pojawiają się momenty humorystyczne. Przestoje też się zdarzają, a wówczas na placu boju pozostają soliści, jakby w stanie spoczynku. Coś tam snują, marudzą, mruczą, smucą czy pierdzą. Nie bagatelizuję, bynajmniej – to najbardziej adekwatne określenia omawianej dźwiękosfery.
Nie jest to może muzyka wyrafinowana, nie oceniam jej najwyższej (4/5), niemniej każdą kolejną odsłonę orkiestry Fujii przyjmowałem z zainteresowaniem. To przemawia na korzyść tego projektu.

