Na tę pozycję zdecydowałem się natychmiast, widząc dopisek: „featuring Andrew Cyrille”. Po prostu, afroamerykański perkusista jest legendą i częstokroć wymieniałem go wśród swoich ulubieńców. Niemniej fotografię Steve'a Swella również udostępniałem ongiś nie bez powodu. Płyt, na których przewodzi lub występuje, nasłuchałem się sporo. „The Center Will Hold” (2020, Not Two) należy do najlepszych z najlepszych. Ponownie namawiam.
![]() |
| Foto me; mam ja takową figurkę. |
Tytuł stanowi parafrazę fragmentu trzeciego wersu słynnego wiersza Williama Butlera Yeatsa (1865–1939) pt. „Drugie przyjście” („The Second Coming”; co ciekawe, w USA spopularyzował go Philip K. Dick). W całości brzmi on następująco: „Things fall apart; the centre cannot hold [...]”.
Przedstawię kilka wersji przekładu:
„Rzeczy pryskają, ciężar środka słabnie” (Paweł Mayewski);
„Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze” (Stanisław Barańczak);
„Nie ma już osi, wszystko się rozpada” (Antoni Libera);
„Wszystko się rozpada, nie trzyma się środka” (Barbara Dziedzic);
„Świat się rozpada, brakło mu spoiwa” (Artur Nawrot);
„narasta rozpad; w odśrodkowym biegu [...]” (Adam Pomorski).
Powyższe uzmysławia, że to wiersz apokaliptyczny. Obwieszcza koniec świata (taką cezurę stanowiły dla poety: wybuch I wojny światowej w 1914, dublińskie powstanie wielkanocne z 1916 oraz rewolucja bolszewicka 1917 roku). Oto cywilizacja Zachodu zatraca się. Przepada „centrum”, oznaczające tutaj spoiwo — kulturowe i aksjologiczne — rzeczywiści, którą znali, w której żyli i do której przywykli ówcześni ludzie. Właśnie za jego sprawą jawi się ona jako uporządkowana, zhierarchizowana, stabilna, praworządna, bezpieczna, czcigodna, sensowna, itp. Bez tego gwaranta popada (albo zdaje się popadać) w chaos, anarchię, nihilizm. Nie jest to zwyczajna zmiana, tzw. postęp, którego konsekwencje Marks opisywał: „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”, tylko akt gwałtowny: drastyczna przemiana. Przeistoczenie, po którym nic nie będzie już takie samo i dlatego wzbudza przerażenie (przynajmniej wśród niektórych).
Poetycką egzemplifikacją owego stanu jest w zwrotce pierwszej obraz sokoła, który buntuje się przeciwko sokolnikowi i oddala od niego, zataczając wzwyż coraz szersze kręgi. Nieposłuszeństwo, rozpad więzi, samowola — inaczej rozkład dotychczasowego ładu. Prowokuje to zwątpienie prawych i nieprzejednanie niegodziwych, a dalej masakry itp. Barbarzyństwo zainicjowało tytułowe Drugie Przyjście. Nie oznacza żadnej paruzji, oczekiwanej przez chrześcijan, tylko przebudzenie egipskiego sfinksa. O tym czytamy w zwrotce kolejnej.
Komentuje Paweł Próchniak: „Yeats mówi, że oto przychodzi w końcu godzina bestii — kanciastej, nieokrzesanej, brutalnej, mającej w sobie coś prymitywnie pierwotnego”, „o pustym, bezlitosnym spojrzeniu. Żar tego spojrzenia jest żarem pustynnego słońca, dlatego wytrawia, spopiela, unicestwia. To nacechowanie zaś sprawia, że kamienne monstrum Drugiego przyjścia — brutalne, okrutne, napawające grozą — spokrewnia się z greckim sfinksem spod Teb”. Sfinks ten stanowi manifestację mroku, który ma nas spowić, opleść, ubezwłasnowolnić i pogrążyć w poczuciu beznadziei. W ogóle przetrącić nam kręgosłupy i takie tam wywroty.
Co natychmiast w tym temacie rzecze Steve Swell i jego ekipa? Otóż zdają się utrzymywać, iż... jakikolwiek bezeceństwo wychynie z piasków pustyni, by zawładnąć światem, Edyp już nań czeka. Czyli: zło zostanie poskromione. Należy wszakże nadmienić, iż ten optymistyczny przekaz wyemitowali z okazji stulecia wiersza irlandzkiego noblisty: powstał on w 1919, a pierwodruk nastąpił w 1920, podczas gdy sesja „The Center Will Hold” odbyła się w 2019, zaś album wydany został w 2020 (przez krakowskie Not Two). Innymi słowy, kiedy trwało apogeum dobrostanu; potem świat sparaliżuje pandemia, a obecnie życie toczy się w cieniu wyjątkowo niepokojącej jatki w Ukrainie.
Do niedawna egzystowaliśmy jednak w innym świecie i trudno się dziwić zaufaniu muzyków, że "centrum" ostoi się mimo wszelkich kryzysów. Dawali temu wyraz na różne sposoby.
Po pierwsze, dobierając instrumentarium jedyne w swoim rodzaju. Tak zatem Steve Swell na puzonie, Jason Kao Hwang na skrzypcach i altówce (plus elektronika), Ariel Bart na harmonijce, Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli (plus elektronika), Robert Boston na fortepianie i syntezatorze, wreszcie Andrew Cyrille na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Mimo że tym podobna konfiguracja zwiastuje nieomal konflikt brzmień i wyobraźni, jak również pomimo improwizatorskich inicjatyw każdego z artystów, materiał cechuje nadzwyczajna spójność. Prawdziwa harmonia kosmicznej psychodelii na miarę "Stargazer" (1997) Dave'a Douglasa.
Po drugie, mimo spotkania trzech lub czterech generacji muzyków (w trakcie sesji najstarszy Cyrille ma lat 80, najmłodsza, Bart, 21), nawet przez ułamek sekundy nie zaznamy konfliktu pokoleń. Przeciwnie, wszyscy się uzupełniają, a kaskady poszczególnych dźwięków jednoczą w jakiejś mistycznej unii. W jednym z wywiadów Swell podkreślał, że inspiracja przede wszystkim pochodzi od członków zespołu. W omawianym przypadku dysponuje pełną paletą: młodość, dojrzałość, sędziwość; różne temperamenty i odmienne doświadczenia. Niesłychane są tutejsze dialogi: skrzypiec z fortepianem, z puzonem, z harmonijką itp.
Po trzecie, niewiarygodne opanowanie. Proszę sobie wyobrazić rozjuszonego słonia w składzie porcelany. Efekt oczywisty? Otóż nie w tym przypadku. Ta muzyka, owszem, emanuje wściekłością, lecz jednocześnie jest pełna wdzięku i gracji. Bezkompromisowa i nieprzejednana. Acz również precyzyjna. To doskonale zrytmizowany konstrukt, nastawiony w równym stopniu na słuchanie, co ogląd. Ogląd, gdyż wytworzona tu zostaje abstrakcyjna przestrzeń, której rekonstrukcja dostarcza dużej satysfakcji odbiorcy: skąd dochodzi dany dźwięk, dlaczego się pojawia, w jakiej zależności występuje względem reszty, co go skontruje, wzmocni, zachybocze, itd. Natomiast nad tym wszystkim doskonale panuje Cyrille, jakby stworzony do pozycjonowania czy wręcz ujarzmienia zgiełku i furii. Niezawodny. Czuwający bezustannie.
Wreszcie we wszystkich kompozycjach, za które, nadmieńmy, odpowiada lider, niezależnie od free jazzowych zapędów, stale występują takie czy owakie nawiązania do tradycji. Fanfary puzonu, zamykające złożony z istnych kakofonii pierwszy utwór, przypominają... dźwięk syreny okrętowej, wieszczącej bezpieczne przybicie do portu przeznaczenia. Rozkiełznane, oszalałe, dosadne, bezpardonowe fragmenty utworu drugiego, tytułowego, kilkakrotnie porządkują struktury harmoniczno-rytmiczne, na jakich ufundowany został majestatyczny „The Dark Tree” Horace'a Tapscotta, absolutna klasyka free jazzu. W utworze trzecim pojawia się i znika klimat rodem z imprezy country w ranczerskim saloonie. I tak po kolei.
Na koniec profesjonalna elektronika, fenomenalnie współbrzmiącą z całym tym genialnym repertuarem. Tak więc co, słuchamy? Ba! Tylko proszę się nie przerazić pisku, jaki Państwa przywita. Potem będzie już łatwiej, obiecuję.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz