17/09/2026

Z TRĄBKĄ: PIĘCIU WSPANIAŁYCH PLUS WSPANIAŁA

 _________

W ramach cyklu #Nie_tylko_Miles_Davis obiecałem przedstawić mniej popularnych amerykańskich trębaczy (kornecistów, flugelhornistów), urodzonych w pierwszej połowie ubiegłego wieku (czyli w latach 1901-1950); każdego poprzez autorski bądź istotny w karierze album i/lub lakoniczny biogram. Dotychczas omówienia doczekali się Don Joseph (1923-1994) oraz Webster Young (1932-2003), których unikatowe nagrania polecałem. Dziś zaprezentuję aż sześć postaci. Owszem, w tym gronie znajdziemy bezsporną legendę, lecz pozostali albo są pomijani, albo zaniedbani, albo zapomniani, albo w ogóle nieznani. Oto ich wybrane albumy, na których opieram rozważania, oczywiście w kontekście całokształtu ich artystycznego dorobku.



***

Najsampierw REX STEWART (1907-1967), trębacz i kornecista. Zjednał mnie on... skupieniem, które uwidacznia się na okładce kompilacji wydanej przez kanadyjską Sackville Recordings w 2004. Znajdziemy nań wznowienie występu Stewarta z orkiestrą pianisty Henry’ego Chaixa w szwajcarskim Baden w 1966. Pięć lat po śmierci trębacza Chaix dedykuje mu półgodzinny koncert w Montrealu, domykający tę płytę. 

Teraz zamierzam jednak przedstawić The Fletcher Henderson All Stars In Hi-Fi* Under The Direction Of Rex Stewart – "The Big Reunion" (1958, Jazztone). Lider zgromadził tutaj absolwentów orkiestr Fletchera Hendersona (1897–1952), by uhonorować tego pianistę i kompozytora, a nade wszystko wynalazcę jazzowego big bandu. Niestety, nigdy nie zdobył on popularności, na jaką zasługiwał, mimo że występowali z nim najwybitniejsi (m.in. Louis Armstrong, Benny Carter i Lester Young). Jego doskonałe aranżacje rozsławiła dopiero orkiestra Benny'ego Goodmana, ponadto z sukcesem wykorzystywali wypracowaną przezeń formułę swingową Duke Ellington czy Artie Shaw. Nie bez powodu zatem kompilacja nagrań Orkiestry Fletchera Hendersona z lat 1923-1938 (1961, Columbia Records; wznowienie 1994, Columbia / Legacy) nosi tytuł: "Studium frustracji". Nadmienię jeszcze, że przez całe życie był nim zafascynowany inny outsider jazzowy, Sun Ra (1914-1993), czego świadectwem pozostaje "Hendersonia"

Jak zatem w 1957 wypadła elita ery swingu? Przekonująco, dynamicznie, przebojowo, z przytupem. Lecz również sentymentalnie: co drugi utwór to ballada, każdorazowo nastrojowa i piękna. Na pewno udowodnili, że to, co dawne, wcześniejsze, nie powinno przepadać w epoce kultu nowości. Że repertuar tradycyjny (np. pochodzący z biblioteki Hendersona) może koegzystować z bebopem i jest równie interesujący czy atrakcyjny, jak wykonywany przez mniejsze formacje modern jazz Parkera, Davisa, Monka, Mingusa i in. Czyli że dobry big band to zawsze dobry big band. Na niewiele się to zdało — z tych muzyków (w sesji wzięło udział siedemnastu, klasyczny skład) dzisiaj nie kojarzymy w zasadzie nikogo oprócz saksofonistów tenorowych, Colemana Hawkinsa (1904-1969) i Bena Webstera (1909-1973). Natomiast trębaczy, którzy towarzyszyli Stewartowi, przedstawię przy najbliższej okazji.

*

Nikt bardziej nie zasługuje na miano legendy niż CLARK TERRY (1920-2015) — trębacz, pionier flugelhornu w jazzie, pedagog. Obliczono, że wziął udział w nagraniu blisko tysiąca płyt. Faktycznie, widywałem go niemal wszędzie, przeglądając różne okładki, składy, noty. Nawet teraz mam w zasięgu wzroku jego koncert w Town Hall, gdzie w 1947 towarzyszył orkiestrze charyzmatycznego saksofonisty i kompozytora, Charliego Barneta (1913-1991), u którego boku rok wcześniej w The Aquarium sfotografowano właśnie przypomnianego powyżej Rexa Stewarta. 

Tak można by długo wymieniać, bowiem Terry występował niemal z każdym istotnym muzykiem z kręgu swingu czy bebopu (idealnie zgrywał się z Oscarem Petersonem i nagrywał z nim nawet po tym, jak kanadyjski pianista doznał udaru). Właśnie: rzadko z niepokornymi. Długowieczny artysta konsekwentnie trzymał się z dala tak od pokus życia, jak artystycznych: żadnej awangardy, żadnego eksperymentu. Bezpiecznie, niezawodnie, sympatycznie. Spokojnie, rozważnie, przyjemnie. Może dlatego został głównym mentorem Wyntona Marsalisa, który wielokrotnie powtarzał, że styl Terry’ego – pełen elegancji, precyzji technicznej i radości grania – ukształtował jego własne podejście do brzmienia trąbki.

W związku z powyższym wskazanie konkretnego albumu, który zasługuje na uwagę, nie wydaje się możliwe. Za jeden z najlepszych uważa się "Color Changes" (1961, Candid) i to na pewno pozycja obowiązkowa dla każdego, kogo interesuje temat. Znakomity jest również "Clark Terry And His Orchestra – Featuring Paul Gonsalves" (1960, Disques Decca). Niemniej zdecydowałem się na późniejszy, o wyraźnie bluesowym zabarwieniu: "Shades Of Blues" (1994, Challenge Jazz). Liderowi towarzyszy tutaj Al Grey (1925-2000), warto zatem nadmienić, że jego współpraca z puzonistami każdorazowo kończyła się powodzeniem (Bob Brookmeyer, J.J. Johnson, Jimmy Cleveland, Urbie Green, Jimmy Knepper, Slide Hampton, Curtis Fuller, Quentin Jackson, itd.). Bez udziału perkusisty, co rzadkie (tylko z pianistą Charlesem Foxem i kontrabasistą Marcusem McLaurinem) wykonali "doskonały prosty jazz". Radosny i pogodny. Entuzjastyczny i energiczny. Rozrywkowy. Przyjemny. Perfekcyjny pod względem technicznym. Jak zawsze docenić też trzeba "nienaganną muzykalność" (Peter Keepnews) Terry'ego oraz optymistyczną wymowę skomponowanych przezeń utworów i ogólnie występu, zwłaszcza że znów czaruje tą specyficzną humorystyczną melodeklamacją.


*

W idealnym świecie trębacz ANTHONY "TONY" FRUSCELLA (1927-1969) z powodzeniem by konkurował o względy Marilyn Monroe: przystojny, utalentowany, wrażliwy. W tym nigdy się nie spotkali i oboje zatracili — ona popełniła samobójstwo, on umiera przedwcześnie w zapomnieniu. Nadal pozostaje nieznany, mimo przypomnienia go przez The Jazz Factory pod koniec ubiegłego wieku. Jednak ani ta wytwórnia z Andory, gdzie wydano "The Complete Works" (1999), nie posiadała znaczenia, ani większość z tych pozycji: "nie zawierały niczego [...] urzekającego" (Doug Ramsey) oprócz "Tony Fruscella" (1955, Atlantic). Czyli jedynego albumu, jaki nagrał i wydał za życia. Doskonałego. 

Niektórzy utrzymują, że ukazał się pod tytułem "I'll Be Seeing You". To pomyłka; tak zatytułowano EPkę (również 1955, Atlantic), która prezentowała wybrane utwory z albumu głównego. W tym najważniejszy: ową balladę o rozstaniu, tęsknocie i nadziei, napisaną przez Sammy'ego Faina i Irvinga Kahala. W zeszłym roku Len Weinreich uznał, że wersja Fruscelli zawiera "jedną z najwspanialszych solówek w muzyce jazzowej". "To cud, że taka struktura istnieje", przekonuje krytyk, dopowiadając: "jeśli słyszysz to po raz pierwszy, zazdroszczę ci". Trębacz zrekomponował wojenny przebój i wykonał z "liryczną intensywnością i emocjonalną powściągliwością", w "dramatycznie skonstruowanym monologu [...] odsłaniając swoje życie i duszę".  

A życiorys ten wyryła błyskawica. O rodzicach wiadomo niewiele: robotnicy z włoskim rodowodem. Wychowywał się w sierocińcu, który opuści jako nastolatek. Zaburzenia osobowościowe przełożą się na dożywotnie uzależnienie od alkoholu, narkotyków, barbituranów. W 1948 zakłada kwintet (m.in. z saksofonistą Chickiem Mauresem, który umiera młodo z powodu przedawkowania), natomiast w 1953 kwartet — ich nagrania, jako "Debiut", wydano dopiero w 1981 (Spotlite Records). Do tego należy doliczyć epizody z Lesterem Youngiem, Stanem Getzem i Gerrym Mulliganem, ponadto seanse z Donem Josephem, takim jak on zatraceńcem. Co ciekawe, z oboma współpracował kontrabasista Red Mitchell, lecz to osobna opowieść.

Tym samym jego kariera trwała wyjątkowo krótko: po 1955 występował sporadycznie, aż wreszcie przepadł. Jednak w "Tony Fruscella" własny dramat wyraził najbardziej lirycznym tonem. Powstała muzyka intensywna, swobodna, przesycona urokiem i wdziękiem, sugestywna. Lecz wyciszona. Nazbyt dyskretna. Podobno o to pretensje mieli partnerzy podczas koncertów. 


*

12 marca 1967 Los Angeles Times ogłaszał "nowy symbol muzyki totalnej". Artykuł dotyczył DONA ELLISA (1934-1978), nieodżałowanego geniusza trąbki i równie genialnego kompozytora (z taką specjalizacją ukończył Uniwersytet Bostoński). My, Polacy, powinniśmy (po)znać go przynajmniej z dwóch istotnych powodów. Po pierwsze, uczestniczył w nagraniu ponadczasowej ścieżki dźwiękowej autorstwa Krzysztofa Komedy do wybitnego horroru psychologicznego Romana Polańskiego "Dziecko Rosemary" (1968, "Rosemary's Baby"). Po drugie, podczas Jazz Jamboree 1962 towarzyszył triu Wojciecha Karolaka, a świadectwem tego pozostała płyta winylowa, niedawno wznowiona w serii Polish Radio Jazz Archives. Bogdan Chmura w recenzji odnotował: "Muzyka – jak na tamte czasy bardzo nowoczesna – nie zestarzała się […]". "Uwagę przykuwa obłędna technika Ellisa [...]", a Karolak, Dyląg i Dąbrowski nawiązali z nim "dobry kontakt". W ich wykonaniu znajdziemy tam (tylko CD) również "Nihil Novi", trzecionurtową kompozycję Andrzeja Trzaskowskiego.

Bo też Ellis poszukuje. Zaintrygowany Trzecim Nurtem, nawiązuje współpracę z jego propagatorem, Guntherem Schullerem. Podejmuje studia podyplomowe z zakresu etnomuzykologii; zgłębia dziedzictwo indyjskie, arabskie, bałkańskie. Założył The Hindustani Jazz Sextet, w którym jego mentor, Harihara Rao, grał na sitarze i tabli. Zamówił specjalną trąbkę firmy Holton, umożliwiającą wprowadzenie ćwierćtonów (zainspirowały go tyleż tradycje orientalne, co awangardowe tendencje we współczesnej muzyce klasycznej). Doświadczenia te wykorzysta, tworząc Don Ellis Orchestra, w pełni nowoczesny big band ze spektakularnym repertuarem. Podbijają festiwale (m.in. Monterey w Kalifornii). Każda ich płyta jest traktowana jako objawienie i nieomal arcydzieło. Temat doczeka się osobnego omówienia.

Po prawdzie, Ellis eksperymentował od samego początku, kiedy zaczął rozwijać karierę solisty. Nie bez przyczyny prezentowana tu płyta nosi tytuł "New Ideas" (1961), natomiast wydana została przez wytwórnię  New Jazz (filia Prestige Records). Okazała się przeciekawa, zaskakująca, "stymulująca i ekscytująca". Upoważniła krytyków do stwierdzenia, iż Ellis to najważniejszy obok Davisa solista. Lecz i zespół uzbierał wyśmienity: Al Francis  wibrafon, Jaki Byard  fortepian, Ron Carter – kontrabas i Charlie Persip  perskusja. 

Zresztą niezależnie, z kim się zbratał, natchnienie trębacza nie opuszczało. Wystarczy porównać studyjny "Autumn" (1968, Columbia) z koncertowym "Tears of Joy" (1971, Columbia): różne składy i odmienne koncepcje, a jednakowo wysoki poziom artystyczny. Sprawdził się ponadto jako pomysłodawca soundtracków. Niestety problemy kardiologiczne przedwcześnie przerwały ten twórczy żywot.                                          


*

BARBARĘ DONALD (1942-2013) kojarzą chyba wyłącznie fani Sonny'ego Simmonsa (1933-2021). Prywatnie żona, artystycznie partnerka na najlepszych jego albumach z przełomu lat 60. i 70., gdzie przejawiała równorzędny poziom "intensywności, wirtuozerii i pasji", co odnotowuje Taylor Ho Bynum. "Ich połączenie było niemal idealne; poruszali się po skomplikowanych melodiach z telepatyczną biegłością Charliego Parkera i Dizzy’ego Gillespiego lub Ornette’a Colemana i Dona Cherry'ego, oddychając i frazując niczym jeden organizm". 

Podobnie uważają obecnie inni krytycy (np. Richard Cook i Brian Morton, Jerry D’Souza), niestety poniewczasie. Owszem, "Staying On The Watch" (1966), "Music From The Spheres" (1968), uwidoczniony tutaj "Manhattan Egos" (1969, Arhoolie Records), "Rumasuma" (1970) oraz "Burning Spirits" (1971; podwójny LP), to pozycje zaiste legendarne i znamienite: bezkompromisowy free jazz z akcentami awangardy i posmakiem spiritual, nawet „arcydzieła nowego jazzu” (Colin Larkin). Jednak na Zachodnim Wybrzeżu spada zainteresowanie nowatorstwem, następuje stylistyczna reorientacja środowiska muzycznego na fusion i rock. Uwarunkowania owe, a ponadto nagła śmierć ich promotora, właściciela Contemporary Records, jak również ostracyzm z powodu międzyrasowego związku nie sprzyjają utrzymaniu rodziny. Sonny Simmons popada w ubóstwo i nałogi, doświadcza bezdomności, wreszcie zostaje ponownie "odkryty" jako saksofonista z ulic San Francisco i odnosi artystyczny sukces (m.in. zasługą krakowskiej Not Two Records odbywa trzykrotny "rajd po Polsce"; zob. utwór nr 7). Wspólnie występują już rzadko, acz udokumentowano koncert z 28 czerwca 1991 w Barb's BBQ w Olimpii w stanie Waszyngton.

Tam bowiem przeprowadziła się Donald po rozstaniu z mężem w 1978. Założyła własną formację: Unity, wraz z którą wydała dwie szanowane płyty ("Olympia Live" oraz "The Past And Tomorrows"). Nigdy nie zamierzała przestać grać na trąbce. Niestety, seria udarów sprawia, że ostatnie piętnaście lat życia przebywa w ośrodku dla niepełnosprawnych. Podobno o jej śmierci informował zaledwie jeden nekrolog. Przypadek ten przekonuje, że jazz aż domaga się własnej herstorii.


*

Na zakończenie trębacz, którego imię brzmi jak śpiew strumienia, a nazwisko pozwala odemknąć każde zwierciadło — BAIKIDA CARROLL (ur. 1947). Artysta z akademickim wykształceniem, o wszechstronnych zainteresowaniach: literatura i teatr, historia i archeologia, filozofia i antropologia. Uważa, że nie wystarczają biegłość techniczna i zdolność improwizacji, potrzeba również osobowości. Zaś jej rozwój wspomagają różne teksty kultury, umożliwiając kreatywność. "Wiedza przemówi", przekonywał w wywiadzie udzielonym XYZ.

Fot. Gianpero Gallina-Torino
Zamierzał zostać muzykiem klasycznym, ostatecznie zwrócił się w stronę free jazzu o awangardowym zacięciu. Po powrocie z wojska do rodzinnego Saint Louis nawiązał współpracę ze środowiskiem interdyscyplinarnego kolektywu artystycznego Black Artists Group (BAG). Uczestniczy w najważniejszych dla tego okresu nagraniach, z których wiele zyskało status kultowych. Niesamowite paryskie koncerty BAG, z udziałem m.in. saksofonisty i flecisty Olivera Lake'a oraz puzonisty Josepha Bowiego, udokumentowane zostały na płytach wydanych w 1973 oraz 2024. Nadal pożądana jest "kolektywna improwizacja na najwyższym poziomie", przedłożona na debiutanckim albumie Human Arts Ensemble pt. "Whisper of Dharma", gdzie zaistniał jako multiinstumentalista. Wraz z Juliusem Hemphillem współtworzy niekwestionowane arcydzieło "Dagon A.D." (1972, Mbari). Nie mniej wybitne nagrania poczynił w orkiestrach Sama Riversa, Muhala Richarda Abramsa, Alana Silvy, itp. 

Jednocześnie rozwija karierę lidera. Jego debiutancki album "Orange Fish Tears" (1974, Palm) niedawno doczekał się wznowienia. Z kolei "The Spoken Word" stanowi rarytas dorównujący solowym występom Joego McPhee, Wadady Leo Smitha czy Anthony'ego Braxtona. Najważniejsze wydaje się jednak ćwierćwiecze współpracy ze znakomitym perkusistą, Pheeroanem akLaffem (ur. 1955). Poznali się w 1980 za sprawą Olivera Lake'a (kwintet, kwartet) i jeszcze w 2005 w trio z Lake'em koncertowali w Nowej Zelandii. Z nim nagrał najważniejsze swoje albumy: dwa dla Soul Note (1982, 1995), ostatni dla Omnitone (2005). Wybrałem najwcześniejszy, "Shadows and Reflections" (1982, Soul Note), przez wzgląd na znakomity skład (oprócz wyżej wymienionych, Julius Hemphill  saksofony altowy i tenorowy, Anthony Davis  fortepian, Dave Holland  kontrabas). Spowija go aura odwagi i swobody, pomysłowości i współpracy, które cechowały free jazz, jednak oswojony został jego radykalizm i ekspresja. Stąd Bob Rusch napisał: "Materiał brzmi tak, jakby był późnym nagraniem Blue Note". Kolejne będą równie umiarkowane w wyrazie.

Natomiast mnie pod koniec ubiegłego stulecia dozgonnie uwiódł występ Carrolla i akLaffa w ramach New York Jazz Collective. Ale to już osobna opowieść.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Z TRĄBKĄ: PIĘCIU WSPANIAŁYCH PLUS WSPANIAŁA

 _________ W ramach cyklu #Nie_tylko_Miles_Davis obiecałem przedstawić mniej popularnych amerykańskich trębaczy (kornecistów, flugelhornist...