23/03/2026

PAMIĘTAMY, LECZ DO ŹRÓDŁA DOPIERO WRACAMY: BUD POWELL

 _______________

Debiutancki album Return To Forever z 1972 pokochałem i uwielbiałem, podobnie jak założyciela tej formacji. Tym samym "Remembering Bud Powell" (1997, Stretch Records) nabyłem natychmiast, kiedy pojawił się w dystrybucji. 


Nie wiedziałem, kim był adresat dedykacji; na powszechny dostęp do Internetu należało poczekać. Niemniej wyczytałem z załączonej broszury, że uważano go za następcę Arta Tatuma (1909-1956) oraz pioniera (obok Charliego Parkera, Dizzy'ego Gillespiego i Theloniousa Monka) nowego stylu, bopu tudzież bebopu. 

Tak wczesnymi nagraniami w młodości się nie fascynowałem, bardziej późniejszymi: hard bopem, post bopem czy fusion (owszem, dziesięć lat wte czy wewte czyni różnicę). Nie przeszkadzało mi to jednak delektować się kompozycjami Powella, wykonywanymi przez zespół jego rodaka. "Remembering…" okazało się płytą wyrazistą i spójną, zrytmizowaną i melodyjną, po prostu przekonującą. Doczekało się, co sprawdziłem teraz, wysokich ocen recenzentów (AllMusic, The Penguin Guide to Jazz Recordings), nominacji do Grammy, jak również pozytywnych reakcji słuchaczy (średnia na Discogs: 4,43/5).

Zainteresowanie Chickiem Coreą straciłem rok później. Również przyjaciół, z którymi złożył hołd Powellowi, unikam od końca ubiegłego stulecia. Wallace Roney – trąbka, Kenny Garrett – saksofon altowy, Joshua Redman – saksofon tenorowy, Christian McBride – kontrabas, to muzycy popularni i doceniani, lecz ich nagrania wydają się nazbyt konwencjonalne, oczywiste i wręcz nudnawe dla kogoś, kogo pochłonął free jazz i awangarda. Wyjątkiem był Roy Haynes – perkusista; jedyny z tej ekipy, który występował z Powellem, ponadto sporadycznie angażował się w nowoczesne projekty.

Bud Powell w Nowym Jorku, 1964; fot. Robert James Campbell.

Za sprawą Heraklita z Efezu nie powinno nas dziwić, że wszystko płynie (ta panta rhei). I we mnie odezwała się potrzeba powrotu. Nie tam, skąd przybyłem, a tam, gdzie niewystarczająco przebywałem. Zatem oprócz przesłuchiwania jazzu nowoorleańskiego, swingu, dixielandu itp., poznaję obecnie uważniej niż niegdyś bohaterów bopu/bebopu. W tym — Buda Powella (1924-1966), czyli jedną z najtragiczniejszych postaci w dziejach tego gatunku.

Wykształcony klasycznie, już w młodości został ogłoszony "geniuszem". Podczas wojny wypromował się w zespole trębacza Cootiego Williamsa (zamierzam go przedstawić w dziale #Nie_tylko_Miles_Davis). Niestety, w 1945 został pobity przez straż kolei. Odtąd uskarża się na chroniczne bóle głowy, zmaga z alkoholizmem, depresją, zażywa narkotyki. Często jest hospitalizowany; zazwyczaj przebywa na oddziałach psychiatrycznych, gdzie poddawano go elektrowstrząsom. Rozpaczał: "jestem kompozytorem i poetą, tymczasem niszczą mój umysł" (do własnych utworów dopisywał wiersze, lecz nie zachowały się). Zostaje nawet uznany za niepoczytalnego i ubezwłasnowolniony; według niektórych relacji bywa przetrzymywany przez doraźnych opiekunów, a podobno też dręczony.

Jednocześnie występuje i nagrywa z herosami bebopu i neo-bopu. Uczestniczył w obu największych koncertach jazzowych tamtych czasów, wydanych na płytach jako "One Night in Birdland" (1977) oraz "The Quintet: Jazz at Massey Hall" (1953). W pierwszym, z 15-16 maja 1950, wystąpili z nim: Charlie Parker – saksofon altowy, Fats Navarro – trąbka (zmarł półtora miesiąca później), Curley Russell – kontrabas, Art Blakey – perkusja. W drugim, z 15 maja 1953, towarzyszyli mu: Dizzy Gillespie – trąbka, znowu Charlie Parker – saksofon altowy, Charles Mingus – kontrabas oraz Max Roach – perkusja. A to zaledwie część spośród słynnych artystów, z którymi współpracował.

Stał się idolem pianistów, legendą (sam Chick Corea wspominał: "pozostał dla mnie nieustającą inspiracją"; oprócz wyżej omówionego albumu w 1979 skomponował utwór pt. „Bud Powell”). Na nim przede wszystkim wzorowana jest postać Dale'a Turnera, głównego bohatera dramatu muzycznego w reżyserii Bertranda Taverniera pt. "Około północy" ("Round Midnight", 1986). Jego kompozycję pt. "Un Poco Loco" słynny krytyk literacki, Harold Bloom (1930-2019), wpisał na listę najwybitniejszych dzieł sztuki amerykańskiej XX wieku. I tak dalej...

Wznawiane są kolejne z jego nagrań. Z tych najważniejszych, uważanych za arcydzieła, wymienić należy: "The Amazing Bud Powell, Vols. 1 & 2" (1956, Blue Note), "The Genius of Bud Powell" (1956, Mercury/Clef), "Inner Fires" (1982, Elektra), "Bud Plays Bird" (1996). Wszystko są to płyty z końca lat 40. oraz z lat 50. W okresie 1959-1964 Powell przebywał we Francji. Tam, wśród afroamerykańskich emigrantów, znalazł azyl; koncertuje i dalej nagrywa albumy wybitne, m.in. współtworzy jeden z najważniejszych w karierze Dextera Gordona: "Our Man in Paris" (1963, Blue Note). Zapada jednak na gruźlicę; opiekę nad nim przejmuje Francis Paudras – przyjaciel, któremu zawdzięczał życie. Po wyleczeniu powraca do Stanów Zjednoczonych, co okazało się fatalną decyzją.

Tuż przed wylotem, konkretnie w dniach 8–14 sierpnia 1964, wypoczywał w Jullouville (miejscowość w pobliżu Mont Saint-Michel, gdzie znajduje się jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Francji: sanktuarium św. Michała Archanioła). Koncerty w tamtejszej restauracji hotelowej zarejestrował Paudras. Ukazały się na kilku różnych płytach, w tym na prezentowanej: "Hot House" (1966, Fontana). Jest to pozycja szczególna, przez wielu traktowana jako znakomita: tak naprawdę ona, a nie powstała półtora tygodnia wcześniej "The Invisible Cage" (1964, Fontana & Black Lion), zasługuje na miano "ostatniego wartościowego nagrania" Powella. 

Duża w tym zasługa saksofonisty tenorowego, Johnny'ego Griffina. Sekcja rytmiczna (Guy Hayat na kontrabasie i Jacques Gervais na perkusji) gra stabilnie, wręcz metronomicznie. Natomiast lider jest szczęśliwy, zrelaksowany: ustawicznie gaworzy i kwacze. Mógłby poirytować współczesnego odbiorcę, gdyż zagłusza partie fortepianu, nadto rozstrojonego, a jakość nagrania jest słaba. Jednak nie. Jak zauważyli np. autorzy The Penguin Guide to Jazz Recordings, "muzyka owa posiada przedziwnie sugestywną jakość: bardziej przywodzi na myśl czasy dawno minione i człowieka, który już nie żyje, aniżeli wiele profesjonalnych nagrań".

Potem nastąpił rozkład. Zapoznawanie się z tym okresem udokumentowanym w poniższej biografii jest naprawdę przygnębiające. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

PAMIĘTAMY, LECZ DO ŹRÓDŁA DOPIERO WRACAMY: BUD POWELL

 _______________ Debiutancki album Return To Forever z 1972 pokochałem i uwielbiałem, podobnie jak założyciela tej formacji. Tym samym ...