18/12/2025

WSZYSTKO W ROZPADZIE? ALEŻ SKĄD!

Na tę pozycję zdecydowałem się natychmiast, widząc dopisek: „featuring Andrew Cyrille”. Po prostu, afroamerykański perkusista jest legendą i częstokroć wymieniałem go wśród swoich ulubieńców. Niemniej fotografię Steve'a Swella również udostępniałem ongiś nie bez powodu. Płyt, na których przewodzi lub występuje, nasłuchałem się sporo. „The Center Will Hold” (2020, Not Two) należy do najlepszych z najlepszych. Ponownie namawiam.

Foto me; mam ja takową figurkę.

Tytuł stanowi parafrazę fragmentu trzeciego wersu słynnego wiersza Williama Butlera Yeatsa (1865–1939) pt. „Drugie przyjście” („The Second Coming”; co ciekawe, w USA spopularyzował go Philip K. Dick). W całości brzmi on następująco: „Things fall apart; the centre cannot hold [...]”.

Przedstawię kilka wersji przekładu:

„Rzeczy pryskają, ciężar środka słabnie” (Paweł Mayewski);

„Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze” (Stanisław Barańczak);

„Nie ma już osi, wszystko się rozpada” (Antoni Libera); 

„Wszystko się rozpada, nie trzyma się środka” (Barbara Dziedzic); 

„Świat się rozpada, brakło mu spoiwa” (Artur Nawrot); 

„narasta rozpad; w odśrodkowym biegu [...]” (Adam Pomorski). 

Powyższe uzmysławia, że to wiersz apokaliptyczny. Obwieszcza koniec świata (taką cezurę stanowiły dla poety: wybuch I wojny światowej w 1914, dublińskie powstanie wielkanocne z 1916 oraz rewolucja bolszewicka 1917 roku). Oto cywilizacja Zachodu zatraca się. Przepada „centrum”, oznaczające tutaj spoiwo — kulturowe i aksjologiczne — rzeczywiści, którą znali, w której żyli i do której przywykli ówcześni ludzie. Właśnie za jego sprawą jawi się ona jako uporządkowana, zhierarchizowana, stabilna, praworządna, bezpieczna, czcigodna, sensowna, itp. Bez tego gwaranta popada (albo zdaje się popadać) w chaos, anarchię, nihilizm. Nie jest to zwyczajna zmiana, tzw. postęp, którego konsekwencje Marks opisywał: „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”, tylko akt gwałtowny: drastyczna przemiana. Przeistoczenie, po którym nic nie będzie już takie samo i dlatego wzbudza przerażenie (przynajmniej wśród niektórych).

Poetycką egzemplifikacją owego stanu jest w zwrotce pierwszej obraz sokoła, który buntuje się przeciwko sokolnikowi i oddala od niego, zataczając wzwyż coraz szersze kręgi. Nieposłuszeństwo, rozpad więzi, samowola — inaczej rozkład dotychczasowego ładu. Prowokuje to zwątpienie prawych i nieprzejednanie niegodziwych, a dalej masakry itp. Barbarzyństwo zainicjowało tytułowe Drugie Przyjście. Nie oznacza żadnej paruzji, oczekiwanej przez chrześcijan, tylko przebudzenie egipskiego sfinksa. O tym czytamy w zwrotce kolejnej.

Komentuje Paweł Próchniak: „Yeats mówi, że oto przychodzi w końcu godzina bestii — kanciastej, nieokrzesanej, brutalnej, mającej w sobie coś prymitywnie pierwotnego”, „o pustym, bezlitosnym spojrzeniu. Żar tego spojrzenia jest żarem pustynnego słońca, dlatego wytrawia, spopiela, unicestwia. To nacechowanie zaś sprawia, że kamienne monstrum Drugiego przyjścia — brutalne, okrutne, napawające grozą — spokrewnia się z greckim sfinksem spod Teb”. Sfinks ten stanowi manifestację mroku, który ma nas spowić, opleść, ubezwłasnowolnić i pogrążyć w poczuciu beznadziei. W ogóle przetrącić nam kręgosłupy i takie tam wywroty. 

Co natychmiast w tym temacie rzecze Steve Swell i jego ekipa? Otóż zdają się utrzymywać, iż... jakikolwiek bezeceństwo wychynie z piasków pustyni, by zawładnąć światem, Edyp już nań czeka. Czyli: zło zostanie poskromione. Należy wszakże nadmienić, iż ten optymistyczny przekaz wyemitowali z okazji stulecia wiersza irlandzkiego noblisty: powstał on w 1919, a pierwodruk nastąpił w 1920, podczas gdy sesja „The Center Will Hold” odbyła się w 2019, zaś album wydany został w 2020 (przez krakowskie Not Two). Innymi słowy, kiedy trwało apogeum dobrostanu; potem świat sparaliżuje pandemia, a obecnie życie toczy się w cieniu wyjątkowo niepokojącej jatki w Ukrainie. 

Do niedawna egzystowaliśmy jednak w innym świecie i trudno się dziwić zaufaniu muzyków, że "centrum" ostoi się mimo wszelkich kryzysów. Dawali temu wyraz na różne sposoby. 

Po pierwsze, dobierając instrumentarium jedyne w swoim rodzaju. Tak zatem Steve Swell na puzonie, Jason Kao Hwang na skrzypcach i altówce (plus elektronika), Ariel Bart na harmonijce, Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli (plus elektronika), Robert Boston na fortepianie i syntezatorze, wreszcie Andrew Cyrille na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Mimo że tym podobna konfiguracja zwiastuje nieomal konflikt brzmień i wyobraźni, jak również pomimo improwizatorskich inicjatyw każdego z artystów, materiał cechuje nadzwyczajna spójność. Prawdziwa harmonia kosmicznej psychodelii na miarę "Stargazer" (1997) Dave'a Douglasa. 

Po drugie, mimo spotkania trzech lub czterech generacji muzyków (w trakcie sesji najstarszy Cyrille ma lat 80, najmłodsza, Bart, 21), nawet przez ułamek sekundy nie zaznamy konfliktu pokoleń. Przeciwnie, wszyscy się uzupełniają, a kaskady poszczególnych dźwięków jednoczą w jakiejś mistycznej unii. W jednym z wywiadów Swell podkreślał, że inspiracja przede wszystkim pochodzi od członków zespołu. W omawianym przypadku dysponuje pełną paletą: młodość, dojrzałość, sędziwość; różne temperamenty i odmienne doświadczenia. Niesłychane są tutejsze dialogi: skrzypiec z fortepianem, z puzonem, z harmonijką itp. 

Po trzecie, niewiarygodne opanowanie. Proszę sobie wyobrazić rozjuszonego słonia w składzie porcelany. Efekt oczywisty? Otóż nie w tym przypadku. Ta muzyka, owszem, emanuje wściekłością, lecz jednocześnie jest pełna wdzięku i gracji. Bezkompromisowa i nieprzejednana. Acz również precyzyjna. To doskonale zrytmizowany konstrukt, nastawiony w równym stopniu na słuchanie, co ogląd. Ogląd, gdyż wytworzona tu zostaje abstrakcyjna przestrzeń, której rekonstrukcja dostarcza dużej satysfakcji odbiorcy: skąd dochodzi dany dźwięk, dlaczego się pojawia, w jakiej zależności występuje względem reszty, co go skontruje, wzmocni, zachybocze, itd. Natomiast nad tym wszystkim doskonale panuje Cyrille, jakby stworzony do pozycjonowania czy wręcz ujarzmienia zgiełku i furii. Niezawodny. Czuwający bezustannie. 

Wreszcie we wszystkich kompozycjach, za które, nadmieńmy, odpowiada lider, niezależnie od free jazzowych zapędów, stale występują takie czy owakie nawiązania do tradycji. Fanfary puzonu, zamykające złożony z istnych kakofonii pierwszy utwór, przypominają... dźwięk syreny okrętowej, wieszczącej bezpieczne przybicie do portu przeznaczenia. Rozkiełznane, oszalałe, dosadne, bezpardonowe fragmenty utworu drugiego, tytułowego, kilkakrotnie porządkują struktury harmoniczno-rytmiczne, na jakich ufundowany został majestatyczny „The Dark Tree” Horace'a Tapscotta, absolutna klasyka free jazzu. W utworze trzecim pojawia się i znika klimat rodem z imprezy country w ranczerskim saloonie. I tak po kolei. 

Na koniec profesjonalna elektronika, fenomenalnie współbrzmiącą z całym tym genialnym repertuarem. Tak więc co, słuchamy? Ba! Tylko proszę się nie przerazić pisku, jaki Państwa przywita. Potem będzie już łatwiej, obiecuję. 


14/12/2025

POWTARZAJ STARE ZAKLĘCIA LUDZKOŚCI BAJKI I LEGENDY

 

Szykuje się.



Fotografia z albumu "Piotr Janowski: Legenda", który zamierzam opisać od ponad roku. To dla mnie niezapomniane przeżycie — znalezienie na winylach nagrań tego skrzypka, zapoznanie się z jego biografią, aż wreszcie dotarcie do tego albumu, opracowanego przez Joannę Maklakiewicz i wydanego przez Fundację imienia Piotra Janowskiego, Warszawa 2013.

11/12/2025

KOSMICZNIE, PRZEDŚWIĄTECZNIE

Tym razem zaprezentuję album sprzed 1989, lecz ponadczasowy. Znamienity i unikatowy. Niestety, niemal nieznany, mimo że reedycję bez problemu można znaleźć, chociażby w Empiku (acz na niewłaściwej półce 😉). 

By pojąć jego rangę, potrzeba przypomnieć sobie PRL z przełomu lat 70/80. W tym okresie spotykają się dwaj artyści wybitni, przynależący wprawdzie do odmiennych światów, niemniej sporadycznie współdziałający. To rówieśnicy: Józef Franciszek Skrzek (ur. 1948) oraz Tomasz Szukalski, ps. "Szakal" (1948-2012)

Pierwszy jest multiinstrumentalistą. Przede wszystkim specjalizuje się w grze na instrumentach klawiszowych i syntezatorach, ponadto gitarze basowej. To założyciel zespołu SBB — wymienianego wśród najistotniejszych w historii reprezentantów rocka progresywnego, eksperymentalnego, symfonicznego. Również kompozytor muzyki filmowej, zwłaszcza do filmów Piotra Szulkina pt. "Golem" (1979) czy "Wojna światów – następne stulecie" (1981). W ogóle postać, która "swoją twórczością integruje pokolenia", nadal aktywna. 

Drugi to jeden z największych na świecie saksofonistów. Współtworzył słynne formacje: Zbigniewa Namysłowskiego, Tomasza Stańko, następnie Quartet z Kulpowiczem czy Trio z Karolakiem, nagrywając płyty, które obecnie uważa się za najważniejsze w dziejach polskiego jazzu, np. "Winobranie" (1973), "TWET" (1974) czy "Time Killers" (1984). Podczas jego solówek, jak wspominał Paweł Brodowski, "ludzie płakali", ale nie stronił przecież od free jazzu. Wspominałem o nim tutaj w związku z wzruszającym "Zamyśleniem" kwintetu Wojciecha Majewskiego.

Skrzek zapraszał Szukalskiego do współpracy kilkakrotnie: w trakcie występów SBB, potem by nagrać własną "Józefinę" (1980), także przy okazji ww. projektów kinowych. Zaczęli wreszcie dawać recitale jako duet. Pisze Michał Wilczyński: "Z tych wspólnych koncertów zrodziła się idea nagrania albumu. Takiego, który zaintrygował i środowisko jazzowe, i rockowe". Tak oto powstał "Ambitus Extended" (zarejestrowany w 1981, wydany w 1983)


Pod względem stylistycznym jest dziełem konsekwentnym. Jednak za każdym razem muzycy kreują inny klimat. Jest zatem tajemnica, jest rozkochanie, tęsknota, zamyślenie, smutek. Występują momenty uwielbienia, niejako modlitewne, uduchowione, dziękczynne. Albo o niesłychanym natężeniu piękna, poruszające i wzruszające. Lecz z drugiej strony mamy iście kosmiczne lub psychodeliczne eskapady. Pomysłowość nie zna tutaj granic, niczym wszechświat. 

Różnorodność tę wzmaga dobór instrumentów. Zatem Szukalski gra na saksofonach tenorowym i sopranowym, ponadto na klarnecie basowym, a gdzieniegdzie wydaje się, że sięga... po dudy szkockie. Gra raz lirycznie tudzież subtelnie, to znowu szaleńczo, ekstremalnie. Również Skrzek korzysta z rozległego asortymentu: Fender Piano, Hohner Clavinet D6, Polymoog, Micromoog, a jeszcze pogrywa (zazwyczaj funkowo lub rockowo) na basie. Zawsze czuje i rozumie partnera. Dopełniają się idealnie. 

Niemniej mamy do czynienia z syntezą żywiołów: demonicznego Szukalskiego, któremu nic co ziemskie ani ludzkie nie było obce, z anielskim Skrzekiem — zapatrzonym w jakieś oddale, galaktyki bądź zaświaty (proszę zajrzeć na fotografię: mrok spowijający pierwszego oraz światłość promieniująca od drugiego, ech). Jak niesamowity repertuar powstał, podkreślają nawet co poniektóre tytuły: "Słodka Pultyna", "Szczęśliwi z miasta N." czy mój faworyt: "Trąbka i skrzaty wśród kacprowej chaty". A całość zyskuje za sprawą genialnego pomysłu Metal Mind Production, by na niniejszym wydaniu z 2008 materiał studyjny wzbogacić o nagrania koncertowe. 

Karierę tego fenomenalnego tandemu przerwał stan wojenny, 44. rocznica wprowadzenia którego przypada za dwa dni.

07/12/2025

FREE JAZZOWE TRIA Z NOT TWO RECORDS

W katalogu krakowskiej wytwórni płytowej Not Two Records znaleźć możemy wiele wyjątkowych nagrań. To przede wszystkim jazz współczesny, free jazz lub awangarda. Dzisiaj skoncentruję się wyłącznie na triach, każdorazowo w konfiguracji: saksofon / kontrabas / perkusja. Przegląd poniższy uwidoczni, jak wybitnych artystów zgromadził Marek Winiarski


Na fotografii widzimy sześć płyt CD:
Carter / Blumenkranz / Zubek"Chinatown" (2003; nagrano tego roku w BC Studios, Brooklyn, Nowy Jork);
Joe McPhee / Damon Smith / Alvin Fielder — "Six Situations" (2017; nagrano rok wcześniej, na żywo w Roulette, Nowy Jork);
Blood Trio — "Understory" (2013; nagrano w 2010 w Eastside Sound, Nowy Jork)
The Charles Gayle Trio — "Forgiveness" (2008; nagrano w 2007 w Jazzga Club, Łódź);
R.A.N. — "Five Spontaneous Ones" (2019; nagrano rok wcześniej w Kubie Alchemia, Kraków).
André Goudbeek / Peter Jacquemyn / Lê Quan Ninh — "Uwaga" (2011;  nagrano w 2008 w Klubie Alchemia, Kraków). 


Wystąpili nań, odpowiednio:
saksofoniści — 
Daniel Carter, Joe McPhee, Sabir Mateen, Charles Gayle, Albert Cirera, André Goudbeek;
kontrabasiści — 
Shanir Ezra Blumenkranz (też oud), Damon Smith, Michael Bisio, Hilliard Greene, Rafał Mazur (tu: akustyczna gitara basowa), Peter Jacquemyn; 
perkusiści — Kevin Zubek, Alvin Fielder, Whit Dickey, Klaus Kugel, Nicolas Field, Lê Quan Ninh.


Recenzenci wypowiadali się o tych płytach pozytywnie. Również polecam każdą. A szczególnie tę, którą możemy znaleźć w serwisie Bandcamp

02/12/2025

PYTANIE ZATEM...

 ...czy Titus Welliver (ur. 1962), który w serialu występował w roli Harry'ego Boscha, także słucha jazzu? 🤔



30/11/2025

W HOŁDZIE COLTRANE'OWI

Materiały prasowe; żródło: Wikimedia Commons.

Kojarzę mnóstwo albumów dedykowanych Johnowi Coltrane'owi (1926-1967). Nawet zamierzam o nich napisać. Niniejszym chciałbym jednak zwrócić uwagę tylko na dwa utwory, upamiętniające mistrza saksofonu. Za pierwszy odpowiada afroamerykański kontrabasista Bill Lee (1928-2023). Za drugi David C. Heath (ur. 1956), kompozytor z Wielkiej Brytanii. Zatytułowane są niemal identycznie. Na tym podobieństwa się kończą. 

"John Coltrane" powstał prawdopodobnie w 1968 dla formacji Clifforda Jordana (1931-1993), która wykonała go w owym roku podczas koncertu w filii nowojorskiej biblioteki publicznej, Countee Cullen. Saksofonista dwukrotnie później nagrywał ten utwór, każdorazowo w kwartecie, lecz w różnych składach. Znajdziemy go zatem na, uznanych za arcydzieła post-bopu, albumach: "Glass Bead Games" (1974, Strata-East) i "Night Of The Mark VII" (1976, Muse Records). W wykonaniu wcześniejszym towarzyszył mu kompozytor, Bill Lee, w kolejnym inny kontrabasista, Sam Jones. I właśnie tę wersję, dłuższą o minutę, umieszczono na kompilacji, którą przesłuchałem. 

Z kolei "Coltrane" pochodzi z 1981. Pierwotnie napisany na flet, został też opublikowany w wariancie na saksofon. Poznałem go w wykonaniu belgijskiego saksofonisty Jeroena Vanbevera (ur. 1990)



Różnią się jak ogień i woda. Pierwszy jest utworem na zespół, drugi solowym. Pierwszy ma charakter rytualny, drugi  — stanowi medytację. Pierwszy znakomicie wypada przed publicznością, wymaga współuczestnictwa, a jego przekaz wzmacnia zaśpiew (John Coltrane... Black Spirit... John Coltrane, First New-born), ponadto kilkusekundowy cytat muzyczny z "A Love Supreme" (1965, Impulse!). Drugi artykułuje bezwzględne odosobnienie: według Heatha powinien zaistnieć na szczycie spowitej mgłą tybetańskiej góry. 

Jeśli mam być szczery, wystudiowanie Heatha, chociaż jakoby oparte na frazach bluesowych i północnoindyjskich, mniej mnie przekonało, aniżeli modlitewna żarliwość Lee. Szukałem innych nagrań ojca słynnego reżysera, Spike'a. Najwięcej utrwalono tutajJednak to "John Coltrane" pozostaje najpopularniejszym: bywał wykonywany nawet z orkiestrą, ostatnio zaś przypomnieli go The Wooten Brothers.

Fot. David Lee.

PS. Warto jeszcze nadmienić, że współtwórcą tego małego arcydzieła jest niejaki Clifton Lee. O nim jednak niemal nic nie wiadomo, poza tym, że był trębaczem i krewnym Billa.

29/11/2025

ODZYSKIWANIE NIEŚMIERTELNOŚCI

 


Odebrałem w poniedziałek, 24 listopada br., o godzinie 13:13. 

Lecz dopiero dzisiaj wieczorem mogę sobie pozwolić na odsłuch. 

Dwukrotnie umyłem ręce, zanim otworzyłem. Dwukrotnie obmyłem. 

Niczym ten Gilgamesz, który — pragnąc odzyskać młodość — gdy "ujrzał źródło z zimną wodą, wszedł do niego, aby w jego wodzie się umyć" (tłum. Krystyna Łyczkowska). 

Potem usiadł i zapłakał. 

Ja natomiast usiadłem i... słucham. 


22/11/2025

BOXY DOSKONAŁE — duety Joëlle Léandre


Uprzedni świat, tuż popandemiczny. Przypadkowe spotkanie ze znajomym. Nieszczególna knajpa. Nijaka dyskusja o niczym.

Sport niezbyt: on interesuje się wyłącznie hokejem, ja średnio i naprawdę nie ma to żadnego związku z karygodną kwestią Joshuy Fossa w "Nagłej śmierci" ("Sudden Death", 1995). Polityka niezbyt: nie podzielam jego "poglądów", zbyt radykalnych itp. Teksty kultury to już w ogóle nic a nic: reprezentuje środowisko zmodernizowanych menów, dla których "toto" pozbawione jakiegokolwiek znaczenia i najwyżej świadczy o zniewieściałości.

Wszelako coś by trzeba by. Chwytanie się brzytwy. I tak mnie naszło idio(synkra)tycznie, iże się przyznam, że często słucham ostatnio Joëlle Léandre. Albo po prostu uległem nieposkromionemu nawykowi obnoszenia się z zachwytem? Tym bardziej, że tu i ówdzie się chwalił, iż ociupinkę podsłuchuje tego jazzu.

Zatem wyznaję. Popatrzył na mnie zdezorientowany, czemu się akurat nie dziwię, zareagowałbym podobnie przed kilkoma laty. Ponieważ zdążyłem już wniebowzięcia za sprawą muzyki Léandre przeżyć wielokrotne i nawet zamierzałem udostępnić jej fotografię na FB (co ostatecznie uczyniłem), przeto okazuję: oto Ona. Jego reakcja okazała się niezawodna:

— Ale to kobieta!

— Owszem — potwierdzam i cokolwiek skonfudowany tym wykrzyknieniem, reaguję równie stanowczo. — Jakiś problem?

— Na kontrabasie? Eee...

Tak oto temat został wyczerpany. Sączylimy browara. Zagadnął o czymś, chyba przytaknąłem i popatrzyłem za okno jak podczas egzaminu u prof. Bolesława Farona. Czyli on niby pyta, ja niby myślę.

Brak muzyki stawał się boleśnie nieznośny...


***

Joëlle Léandre nosi miano Pierwszej Damy Kontrabasu. Urodziła się w 1951 roku w prowansalskiej miejscowości Aix-en-Provence, równie urokliwej, co słynnej. Wykształcona klasycznie, doceniona przez samego Johna Cage'a, skoncentrowała się przede wszystkim na muzyce improwizowanej. Jest artystką, jak słusznie skonstatował Maciej Karłowski, "której udało się w męskim świecie improwizatorów sprawić [...], że płeć to [...] rzecz niemająca kompletnie żadnego znaczenia" (kontrabasistek w jazzie obecnie nie brakuje, zamierzam o tym się rozpisać). Występowała z najwybitniejszymi muzykami i wielu czeka w kolejce, by dostąpić tego zaszczytu. Z naszych załapali się np. Mikołaj Trzaska czy Rafał Mazur.

Fot. Claire Stefani; źródło — Wikimedia Commons.

Jej dyskografia liczy niemal dwieście pozycji. Mnie udało się uzbierać kilkadziesiąt, z czego teraz zaprezentuję jedną, wydaną przez Fundację SŁUCHAJ! [LISTEN! Foundation]. Mianowicie box doskonały, złożony z trzech CD — na każdym liderce partneruje inny muzyk. Duet to zresztą jej ulubiona formacja i każdorazowo się sprawdza. Także na "Strings Garden" (2018).

Kobieta jest tutaj ostoją. Mężczyźni się zmieniają. Goszczą w owym Strunicowym Ogrodzie o tysiącu rozwidlających się ścieżek. Ona — to całość, wszechświat, Macierz. Oni — pojedynczy trakt. Męski jest szlak, którym nas wiodą. Natomiast przemierzana przestrzeń jest żeńska. Wszędzie i zawsze. Dopełnia się to, przeplata, podmienia. I bywa, że żeński jest szlak, którym nas wiodą. Natomiast przemierzana przestrzeń jest męska. Wszędzie i zawsze. Tak w OKOło, tak w oKOŁO. Coincidentia oppositorum.

CD numer 1: "Trees"Léandre plus Bernard Santacruz na kontrabasie. Ona gra smyczkiem, on — palcami, rzadko odwrotnie. Współbrzmi to doskonale. A że dwa kontrabasy, to istne wyprawy w lasy. Tam, gdzie mrocznie szemrze i groźnie dudni. Muzyka jest głęboka i stabilna, momentami jednak popada w rock'n'rollowy pląs. Ponosi i roznosi. Prze.

CD numer 2: "Leaves"Léandre plus Gaspar Claus na wiolonczeli. Smyczki, smyczki, gdzieniegdzie kontrabas palcami. Muzyka nie utraciła nic ze swej intensywności. Dominują dźwięki przeciągłe, stąd bywa skrzekliwa, zawodząca, płaczliwa. Całość odmiennemu została podporządkowana nastrojowi: więcej tu melancholii. Lecz i ogień. Płomienie. Żarlist(n)ość.

CD numer 3: "Flowers"Léandre plus Théo Ceccaldi na skrzypcach i altówce (z nim nagrała wcześniej przynajmniej dwa albumy). Drzewom ani liściom nie brakowało technicznej perfekcji, jednak dopiero tu, pośród kwiatów, pojawia się specyficzna finezja. Delikatność. Miękkość. Czar. I brzmienie stało się bardziej zróżnicowane. Instrumenty mniej zdają się splecione, a bardziej oddalone, oswobodzone. Tańczą. Odkrywają w płatkach niebo zasmucone, rozkochane, niewdzięczne. Raj.

Jak odnotowała Glenn Astarita, wszystkie powyższe nagrania obywają się bez jakiejkolwiek elektroniki. Ta sprzyja wszak kosmicznym eskapadom czy apokaliptycznym nastrojom, tutaj z kolei zamierzano wyeksponować związek z Naturą, szacunek wobec Ziemi. Dlatego poprzestano na instrumentach drewnianych i strunowych. Niemniej recenzentka pominęła, że taka już estetyka Joëlle Léandre. Jej spektrum wyrazu jest programowo akustyczne. Wyjątki się zdarzają, lecz marginalnie.


13/11/2025

KWINTESENCJA KREATYWNOŚCI




3 maja 2000 roku. Fotograf Alan Brightbill dokumentuje spotkanie ucznia i Mistrza, czyli kontrabasistów: amerykańskiego, Damona Smitha (ur. 1972), z niemieckim — Peterem Kowaldem (1944-2002)

Najsampierw byli poważni, potem dali czadu, aż wreszcie się rozchmurzyli. Powstały "Mirrors - Broken But No Dust" (2001, pierwsza pozycja w katalogu Balance Point Acoustics). Kwintesencja kreatywności. 

Oczywiście, w przyszłości omówię dokładniej. Dlaczego nie teraz? By stopniować napięcie, a poza tym dowieść, iż mamy do czynienia z wiekopomnym dziełem: za lat dwadzieścia pięć okaże się równie genialne, jak obecnie czy... przed dwudziestu pięciu laty. 

Żal tylko, że powtórna sesja już się nie odbędzie. 

***

PS. Zdjęcia z moich zbiorów. Wywlokłem na spacer, by skąpać w ostatnich promieniach słońca.

11/11/2025

DZISIEJSZE ZAMYŚLENIE

„Zamyślenie” Kwintetu Wojciecha Majewskiego to w moim przekonaniu jedna z najlepszych polskich płyt jazzowych minionego ćwierćwiecza. Przed 2018, w którym to roku doczekaliśmy się jej zremasterowanego wznowienia, była trudna do zdobycia a naprawdę pożądana – na Allegro widywałem ją nawet za 150 złotych.




Album został zarejestrowany w 2003 roku w składzie: Wojciech Majewski – fortepian; jego brat, Robert – trąbka, flugelhorn; nieodżałowany Tomasz Szukalski (1947–2012) – saksofon tenorowy; ponadto kontrabasista Palle Danielsson i perkusista Michał Miśkiewicz, obaj znani ze współpracy z Tomaszem Stańką (pierwszy uczestniczył w nagraniu „Litanii”, natomiast drugi pozostaje członkiem tria Marcina Wasilewskiego: ongiś współtworzyli Tomasz Stańko Quartet). Z dziewięciu utworów trzy są solowe (w ostatnim pianiście towarzyszy Grzegorz Turnau), jeden został wykonany w duecie fortepian/saksofon, jeden w kwartecie (bez saksofonu) oraz cztery w pełnowymiarowym składzie.   

Pisał Daniel Wyszogrodzki: „Poezja – śpiewana i czytana – to jedno ze źródeł sztuki Wojciecha Majewskiego”, którego Quintet, acz z inną niż tu sekcją rytmiczną, debiutował przecież płytą pt. „Grechuta” (2001). Objawiała ona „niekonwencjonalność harmonicznego myślenia” tego popularnego w naszym kraju artysty, a także „złożoność jego kompozycji”. Tym razem mamy cztery kompozycje cudze: dwie Grechuty, po jednej Komedy i Niemena (chociaż to bardziej skomplikowane: w dwóch przypadkach stanowią one dyptyki), wreszcie pięć lidera.

Nie sposób wśród nich wskazać słabą. To niemal wyłącznie utwory wybitne, nadal urzekające i poruszające. Usłyszymy zarówno tony reprezentatywne dla Koncertów Chopinowskich, jak i legendarnego kwintetu akustycznego Milesa Davisa z lat 60-tych. Romantyzm sąsiaduje z klasyką, liryzm i nastrojowość przeplatają czy okalają występy niezmiernie energiczne, wyciszenie tudzież tytułowe „zamyślenie” przerywają eksplozje intensywnych emocji, ukojenie przeradza się w zachwyt za sprawą niesamowitego piękna, zawartego w poszczególnych melodiach... 

„Bo słuchanie pianisty Wojciecha Majewskiego i jego muzyków to właśnie obcowanie z czystym, niezakłóconym muzycznym pięknem”, potwierdza Wyszogrodzki. Po piętnastu latach, z okazji reedycji jubileuszowej, nie ma żadnych wątpliwości: „to ponadczasowa muzyka”. Dopowiem od siebie: taka, która z życia płynie, przenika do krwiobiegu i tam krąży, krąży, krąży, by dopełnić czas, który nam pozostał. Nieprzypadkowo usłyszałem w trakcie jej odtwarzania komentarz: „Jeśli umrę, chcę, by to zagrali na moim pogrzebie”. Mowa o „Bema pamięci żałobnym rapsodzie”, z zachrypniętym saksofonem mistrza Szukalskiego, brzmiącym tak, jak powinien brzmieć ten instrument nocą. Lecz również „Radość”, z niezapomnianym cudownym motywem – zapodanym na fortepianie, podjętym przez kontrabas, a na koniec kontynuowanym przez trąbkę i saksofon – może stanowić idealne wprowadzenie do nirwany (czy cokolwiek Tam czyha).

Jeszcze jedna uwaga Wyszogrodzkiego, bez której niniejszy tekst obyć się nie może: mamy do czynienia z twórczością „muzyka, zasłuchanego w pianistyce XX wieku, gruntownie wykształconego i wykonującego w salach koncertowych m.in. arcytrudne utwory Aleksandra Skriabina”. Dowodzi on, jak ubogaca jazz „opanowanie arkanów muzyki poważnej, wyczucie formy, zrozumienie wewnętrznej logiki dzieła (np. formy sonatowej)”. Odnosi się to do trzyczęściowego „Pożegnania”, jednak również „Zamyślenie/Niekochana”, „Tjoonk Blues” czy „Nie pomogły spacery / Rozmowa” są fenomenalnie pomyślane, zaaranżowane i wyeksponowane. 

Niegdyś z atencją traktowałem przede wszystkim jazz afroamerykański lub amerykański. Obecnie bliższy jest mi ten europejski, w tym polski. A w omawianym tu projekcie dźwięki dobiegają z lub sponad jakiejś Głębi, niewypowiedzianej a rodzimej, metafizycznej, poetyckiej, po prostu: naszej, tutejszej.

Bardziej mnie to przekonuje niż słynna „Polska” (1993, Polonia Records) Kwartetu Michała Kulentego.

THE POWER OF POLISH VIOLIN

 __________________________ Nagłówek zapożyczyłem od tytułu albumu , który sygnuje jeden z mistrzów wymienionego instrumentu, prof. Sławomir...