03/01/2026

THE POWER OF POLISH VIOLIN

 __________________________

Nagłówek zapożyczyłem od tytułu albumu, który sygnuje jeden z mistrzów wymienionego instrumentu, prof. Sławomir Tomasik. Dzisiaj jednak o potędze naszych skrzypiec będą pokrótce przekonywać inni. Najsampierw Feliks Janiewicz (1762-1848) oraz Zbigniew Pilch (ur. 1971). Następnie Karol Lipiński (1790-1861) oraz Konstanty Andrzej Kulka (ur. 1947)


Temat ten, niestety niezbyt kojarzony nawet przez rodaków, postaram się omówić dokładniej. Tymczasem zapraszam do posłuchania fascynujących fragmentów polskiej muzyki końca XVIII i pierwszej połowy XIX wieku.





01/01/2026

POTRÓJNA KREATYWNOŚĆ, CZYLI ROZIMPROWIZOWANE TRIA JAZZOWE

______________________________________

Tym razem zamierzam przedstawić rewelacyjne tria jazzowe. Spotkania, zazwyczaj incydentalne, trzech bądź trojga wybitnych artystów (na pięciu z sześciu prezentowanych CD występują kobiety, lecz na żadnej wyłącznie), udokumentowane przez wytwórnie, w katalogu których niejedną wyjątkową pozycję można odnaleźć: włoską Rudi Records, szwedzką LJ Records, angielską Emanem, kanadyjską Les Disques VICTO oraz amerykańskie: Hanceforth Records i Music & Arts.


"Live in Ventotene" (2012, Rudi Records), album wydany dekadę po festiwalu, którego dokument stanowi. Spotkali się wtedy: Antonello Salis (ur. 1950), Giancarlo Schiaffini (ur. 1942) oraz Mohssen Kasirossafar (ur. 1955). Dwaj pierwsi to niezaprzeczalne legendy włoskiego jazzu: tego ambitniejszego, ukierunkowanego na improwizację tudzież awangardę. Trzeci jest perkusistą z Iranu, lecz w Italii zamieszkałym; sporadycznie zatrudniany w Giancarlo Schiaffini Quintet, wykonuje też muzykę średniowieczną i tradycyjną bliskowschodnią. 

Czytamy w zapowiedzi: "For the entire sessions, the three musicians maintain a high level of interaction, providing a formal balance to the music we listen to. A music that, free from scores, feeds on the spontaneous creativity of the individual musicians". 

Powyższe niezupełnie się potwierdziło. Mamy tu dwie osobne sesje. Rozpoczyna akordeonista: kwadrans solo. Żywiołowy, różnorodny jak wybrzeże wyspy, poszarpany i niespokojny to występ; acz gdzieniegdzie równoważony tonami zapożyczonymi od Ennio Morricone. 

Potem w duecie zaistnieją puzonista i perkusista na perskich instrumentach: zarb (tombak / tonbak) oraz daf. Kiedy wspomaga ich Salis, robi się najciekawiej. Zwłaszcza podczas ostatnich utworów, kiedy się zgrali i udzielił się im trans (podobno towarzyszyła im naówczas tancerka, Paola Compagna). Niestety, wtedy płyta się kończy. Pozostaje niedosyt, że nie doczekaliśmy się kontynuacji.

Fot. z okładki, podpisana.

*

Biggi Vinkeloe Trio stworzyło małżeństwo: saksofonistka Biggi Vinkeloe (ur. 1956) oraz perkusista Peeter Uuskyla (ur. 1951). W ostatniej dekadzie ubiegłego wieku zapraszali do współpracy najznakomitszych kontrabasistów i basistów: Georga Wolfa, Barrego Phillipsa (1934-2024), Petera Friisa Nielsena (ur. 1948). Na "Slowdrags And Interludes" (1999, LJ Records) jest to akurat Peter Kowald (1944-2002), z którym występowali już w 1995. Granie spokojne, rozleniwione poniekąd, pozwalające delektować się dźwiękiem. W niektórych momentach przyspieszenie, bez szaleństw jednak. Utwory w większości krótkie, w przedziale od półtora do trzech minut. Rozwinęli skrzydła podczas kolejnego spotkania, rok później, na Festiwalu Jazzowym w Umeå, co można porównać na BandcampBandcamp. Na tym poprzestanę, na razie.

Fot. Gudrun Edel.

*

Śmierć przeszkadza wszystkim. Różne zamiary udaremnia. W 2023 roku śmierć Martina Davidsona zakończyła działalność wytwórni Emanem: zamówień już nie realizuje, a wpłaty są odsyłane. Niemal trzydzieści lat wcześniej śmierć Johna Stevensa (1940-1994), perkusisty i trębacza, zakończyła działalność jednego z najbardziej twórczych stowarzyszeń w dziejach jazzu — Spontaneous Music Ensemble (SME). To właśnie Davidson usilnie zabiegał o to, by ten fenomen upamiętnić.

W wywiadzie przeprowadzonym z nim w 2003 roku, gitarzysta Roger Smith (ur. 1948) ubolewał: "Johna [Stevensa] nie sposób zastąpić". Z nim oraz ze skrzypaczką Nigel Coombes (ur. 1952) spotykali się pod koniec ubiegłego wieku w Londynie: sporadycznie, lecz i tak ta wersja ansamblu istniała najdłużej, bo ponad piętnaście lat. Czy to domówki, czy koncerty; w każdym razie traktowali występy niefrasobliwie: rejestrowali albo nie, niektóre przepadły, inne odrzucano z powodu słabej jakości. 

Na szczęście posiadamy na przykład "Hot and Cold Heroes" (1996, Emanem). Radykalna improwizacja: "etos SME doprowadzony do skrajności". Pięć pozycji: jedna z marca 1980 (niemal półgodzinna), kolejne trzy z października i wreszcie jedna z grudnia 1991. W czwartej, chyba najbardziej hałaśliwej i zwariowanej, pojawili się jeszcze Neil Metcafle na flecie oraz John Rangecroft na klarnecie. Fotografii nie załączę: trudno je pozyskać, podobnie jak nagrania. Odsyłam natomiast tu i tu.


*

Baggerboot — "Baggerboot" (2005, Henceforth Records). Album zarejestrowany w 2003 w ośrodku kultury niewielkiej belgijskiej miejscowości Flobecq, za który odpowiadają europejscy muzycy: Gunda Gottschalk (ur. 1969) — skrzypce i altówka, Peter Jacquemyn (ur. 1963) — kontrabas, Ute Völker (ur. 1963) — akordeon. Współpracowali z plejadą jazzmanów i improwizatorów, do tejże się zaliczają. 

Utwory przedłożyli trzy, ponumerowane, o wspólnym tytule: "Cascade" (trwają od dwunastu do ponad dwudziestu pięciu minut). To jakby suita, bezkompromisowa zarówno w tych natarczywych i hałaśliwych, jak spowolnionych i subtelnych momentach. Kaskady dźwięków mogą oszołomić nawet doświadczonego odbiorcę. Awangardowa kompozytorka i akordeonistka, Pauline Oliveros, w lakonicznej nocie rozstrzyga wszakże: we wszystkim tym tkwi "świadomość i komunikacja", "satysfakcjonujące poczucie jedności", a także "wielowymiarowość". "Odważne, nieprzewidywalne brzmienia", dopowiada jeden z fanów, John Sax.

Fot. Cristina Marx / Photomusix (Gottschalk) oraz Silke Kammann (Völker).
Zdjęcie Petera Jacquemyna z jego profilu na FB.

*

Beñat Achiary (ur. 1947), francuski wokalista awangardowy, którego wolno kojarzyć z takimi artystami, jak z Phil Minton czy Jaap Blonk. Jednak, co podkreślają krytycy, nie unika "otwartego, czystego śpiewu", "często posługuje się zaskakująco pięknym tonem". Zapewne dlatego, że w młodości fascynowali go Billie Holiday i Darío Moreno. Przede wszystkim jednak został ukształtowany przez ludową tradycję śpiewaków z Soule: "Dla mnie wszystko śpiewa i wszystko jest zdolne do śpiewania [...]. W końcu urodziłem się w Kraju Basków, gdzie miłość do śpiewu jest wszechobecna. Śpiewam od dnia narodzin i, jak dla wszystkich Basków, śpiewanie było dla mnie centralnym punktem wszystkich wydarzeń w życiu: uroczystości, nabożeństw, chwil samotności, pracy". 

Obok niego rodak, wybitny improwizator i saksofonista sopranowy — Michel Doneda (ur. 1954). Przyjaźnią się i współpracują od kilkudziesięciu lat, a godne polecenia projekty ich autorstwa znajdziemy na przykład tu czy tu

I jeszcze ona. Kazue Sawai (ur. 1941), grająca na koto, której nauczycielem był legendarny Michio Miyagi. Wykonuje muzykę współczesną, ale jest też ekspertem w zakresie improwizacji, stąd jej ustawiczne kontakty z najznamienitszymi jazzmanami. 

"Temps Couché" (1998, Les Disques Victo), zarejestrowane w 1997 właśnie podczas festiwalu jazzowego w Le Mans, to nieomal misterium. Występ odbywa się w jakimś nadmiarze powagi, skupienia. Chociaż patronuje mu barthesowski zamiar rozpracowania paralelizmów międzykulturowych, powstały "symultaniczne światy dźwiękowe" (John Corbett). Nikt nie zabiega o zgranie czy mimikrę. W pełni uszanowano niezależność i odmienność. Z drugiej strony, jakkolwiek każdego z tych artystów można osobno pomyśleć i osobno usłyszeć, odkrywanie tego, co współtworzą, budzi zdumienie i podziw. W momentach najintensywniejszych, w ekstatycznym wi(b)rowaniu, dopełniają się niewiarygodnie. Wskazać tu można sekwencje wręcz genialne.

Nie ustaliłem autorstwa wykorzystanych zdjęć.

*

Golia, Léandre, Filiano — "Haunting The Spirits Inside Them..." (1995, Music & Arts). Album z kategorii tych upragnionych. Niemal 75 minut improwizacji. Konkretnie osiem utworów, zarejestrowanych w kalifornijskim studio w 1992. "Nawiedzenie, przebudzenie i oczyszczenie ducha", podsumował krytyk. A całości patronuje Giacinto Scelsi. 

Po prawej stronie ustawiła się mistrzyni kontrabasu, Joëlle Léandre (ur. 1951). Z kolei lewą zajął inny as tego instrumentu, znakomity Ken Filiano (ur. 1952). Pośrodku usytuował się natomiast jeden z najwybitniejszych awangardowych saksofonistów, Vinny Golia (ur. 1946). Tutaj poprzestał wszakże na fletach, klarnetach, shakuhachi i okarynie. 

Fot. Jeff Humbert (Léandre) oraz Peter Gannushkin (Filiano i Golia).


*

Omówiłem sześć pozycji. Wymagania stawiają najwyższe. Bez obycia w niekonwencjonalnych dźwiękach i stylistykach można niestety się z nimi rozejść. Domagają się otwartego umysł i ciekawości, pasji poznawczej i pragnienia zgłębiania. Nieodzowna jest dyspozycyjność — a przy okazji skłonność, by ją zainwestować tak w kontemplację, jak studiowanie. Należy potrafić utrzymać koncentrację. Potrzebny jest też dobrej jakości sprzęt stereo i korzystne warunki akustyczne, et cetera.

Szczęśliwego Nowego Roku!


18/12/2025

WSZYSTKO W ROZPADZIE? ALEŻ SKĄD!

Na tę pozycję zdecydowałem się natychmiast, widząc dopisek: „featuring Andrew Cyrille”. Po prostu, afroamerykański perkusista jest legendą i częstokroć wymieniałem go wśród swoich ulubieńców. Niemniej fotografię Steve'a Swella również udostępniałem ongiś nie bez powodu. Płyt, na których przewodzi lub występuje, nasłuchałem się sporo. „The Center Will Hold” (2020, Not Two) należy do najlepszych z najlepszych. Ponownie namawiam.

Foto me; mam ja takową figurkę.

Tytuł stanowi parafrazę fragmentu trzeciego wersu słynnego wiersza Williama Butlera Yeatsa (1865–1939) pt. „Drugie przyjście” („The Second Coming”; co ciekawe, w USA spopularyzował go Philip K. Dick). W całości brzmi on następująco: „Things fall apart; the centre cannot hold [...]”.

Przedstawię kilka wersji przekładu:

„Rzeczy pryskają, ciężar środka słabnie” (Paweł Mayewski);

„Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze” (Stanisław Barańczak);

„Nie ma już osi, wszystko się rozpada” (Antoni Libera); 

„Wszystko się rozpada, nie trzyma się środka” (Barbara Dziedzic); 

„Świat się rozpada, brakło mu spoiwa” (Artur Nawrot); 

„narasta rozpad; w odśrodkowym biegu [...]” (Adam Pomorski). 

Powyższe uzmysławia, że to wiersz apokaliptyczny. Obwieszcza koniec świata (taką cezurę stanowiły dla poety: wybuch I wojny światowej w 1914, dublińskie powstanie wielkanocne z 1916 oraz rewolucja bolszewicka 1917 roku). Oto cywilizacja Zachodu zatraca się. Przepada „centrum”, oznaczające tutaj spoiwo — kulturowe i aksjologiczne — rzeczywiści, którą znali, w której żyli i do której przywykli ówcześni ludzie. Właśnie za jego sprawą jawi się ona jako uporządkowana, zhierarchizowana, stabilna, praworządna, bezpieczna, czcigodna, sensowna, itp. Bez tego gwaranta popada (albo zdaje się popadać) w chaos, anarchię, nihilizm. Nie jest to zwyczajna zmiana, tzw. postęp, którego konsekwencje Marks opisywał: „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”, tylko akt gwałtowny: drastyczna przemiana. Przeistoczenie, po którym nic nie będzie już takie samo i dlatego wzbudza przerażenie (przynajmniej wśród niektórych).

Poetycką egzemplifikacją owego stanu jest w zwrotce pierwszej obraz sokoła, który buntuje się przeciwko sokolnikowi i oddala od niego, zataczając wzwyż coraz szersze kręgi. Nieposłuszeństwo, rozpad więzi, samowola — inaczej rozkład dotychczasowego ładu. Prowokuje to zwątpienie prawych i nieprzejednanie niegodziwych, a dalej masakry itp. Barbarzyństwo zainicjowało tytułowe Drugie Przyjście. Nie oznacza żadnej paruzji, oczekiwanej przez chrześcijan, tylko przebudzenie egipskiego sfinksa. O tym czytamy w zwrotce kolejnej.

Komentuje Paweł Próchniak: „Yeats mówi, że oto przychodzi w końcu godzina bestii — kanciastej, nieokrzesanej, brutalnej, mającej w sobie coś prymitywnie pierwotnego”, „o pustym, bezlitosnym spojrzeniu. Żar tego spojrzenia jest żarem pustynnego słońca, dlatego wytrawia, spopiela, unicestwia. To nacechowanie zaś sprawia, że kamienne monstrum Drugiego przyjścia — brutalne, okrutne, napawające grozą — spokrewnia się z greckim sfinksem spod Teb”. Sfinks ten stanowi manifestację mroku, który ma nas spowić, opleść, ubezwłasnowolnić i pogrążyć w poczuciu beznadziei. W ogóle przetrącić nam kręgosłupy i takie tam wywroty. 

Co natychmiast w tym temacie rzecze Steve Swell i jego ekipa? Otóż zdają się utrzymywać, iż... jakikolwiek bezeceństwo wychynie z piasków pustyni, by zawładnąć światem, Edyp już nań czeka. Czyli: zło zostanie poskromione. Należy wszakże nadmienić, iż ten optymistyczny przekaz wyemitowali z okazji stulecia wiersza irlandzkiego noblisty: powstał on w 1919, a pierwodruk nastąpił w 1920, podczas gdy sesja „The Center Will Hold” odbyła się w 2019, zaś album wydany został w 2020 (przez krakowskie Not Two). Innymi słowy, kiedy trwało apogeum dobrostanu; potem świat sparaliżuje pandemia, a obecnie życie toczy się w cieniu wyjątkowo niepokojącej jatki w Ukrainie. 

Do niedawna egzystowaliśmy jednak w innym świecie i trudno się dziwić zaufaniu muzyków, że "centrum" ostoi się mimo wszelkich kryzysów. Dawali temu wyraz na różne sposoby. 

Po pierwsze, dobierając instrumentarium jedyne w swoim rodzaju. Tak zatem Steve Swell na puzonie, Jason Kao Hwang na skrzypcach i altówce (plus elektronika), Ariel Bart na harmonijce, Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli (plus elektronika), Robert Boston na fortepianie i syntezatorze, wreszcie Andrew Cyrille na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Mimo że tym podobna konfiguracja zwiastuje nieomal konflikt brzmień i wyobraźni, jak również pomimo improwizatorskich inicjatyw każdego z artystów, materiał cechuje nadzwyczajna spójność. Prawdziwa harmonia kosmicznej psychodelii na miarę "Stargazer" (1997) Dave'a Douglasa. 

Po drugie, mimo spotkania trzech lub czterech generacji muzyków (w trakcie sesji najstarszy Cyrille ma lat 80, najmłodsza, Bart, 21), nawet przez ułamek sekundy nie zaznamy konfliktu pokoleń. Przeciwnie, wszyscy się uzupełniają, a kaskady poszczególnych dźwięków jednoczą w jakiejś mistycznej unii. W jednym z wywiadów Swell podkreślał, że inspiracja przede wszystkim pochodzi od członków zespołu. W omawianym przypadku dysponuje pełną paletą: młodość, dojrzałość, sędziwość; różne temperamenty i odmienne doświadczenia. Niesłychane są tutejsze dialogi: skrzypiec z fortepianem, z puzonem, z harmonijką itp. 

Po trzecie, niewiarygodne opanowanie. Proszę sobie wyobrazić rozjuszonego słonia w składzie porcelany. Efekt oczywisty? Otóż nie w tym przypadku. Ta muzyka, owszem, emanuje wściekłością, lecz jednocześnie jest pełna wdzięku i gracji. Bezkompromisowa i nieprzejednana. Acz również precyzyjna. To doskonale zrytmizowany konstrukt, nastawiony w równym stopniu na słuchanie, co ogląd. Ogląd, gdyż wytworzona tu zostaje abstrakcyjna przestrzeń, której rekonstrukcja dostarcza dużej satysfakcji odbiorcy: skąd dochodzi dany dźwięk, dlaczego się pojawia, w jakiej zależności występuje względem reszty, co go skontruje, wzmocni, zachybocze, itd. Natomiast nad tym wszystkim doskonale panuje Cyrille, jakby stworzony do pozycjonowania czy wręcz ujarzmienia zgiełku i furii. Niezawodny. Czuwający bezustannie. 

Wreszcie we wszystkich kompozycjach, za które, nadmieńmy, odpowiada lider, niezależnie od free jazzowych zapędów, stale występują takie czy owakie nawiązania do tradycji. Fanfary puzonu, zamykające złożony z istnych kakofonii pierwszy utwór, przypominają... dźwięk syreny okrętowej, wieszczącej bezpieczne przybicie do portu przeznaczenia. Rozkiełznane, oszalałe, dosadne, bezpardonowe fragmenty utworu drugiego, tytułowego, kilkakrotnie porządkują struktury harmoniczno-rytmiczne, na jakich ufundowany został majestatyczny „The Dark Tree” Horace'a Tapscotta, absolutna klasyka free jazzu. W utworze trzecim pojawia się i znika klimat rodem z imprezy country w ranczerskim saloonie. I tak po kolei. 

Na koniec profesjonalna elektronika, fenomenalnie współbrzmiącą z całym tym genialnym repertuarem. Tak więc co, słuchamy? Ba! Tylko proszę się nie przerazić pisku, jaki Państwa przywita. Potem będzie już łatwiej, obiecuję. 


14/12/2025

POWTARZAJ STARE ZAKLĘCIA LUDZKOŚCI BAJKI I LEGENDY

 

Szykuje się.



Fotografia z albumu "Piotr Janowski: Legenda", który zamierzam opisać od ponad roku. To dla mnie niezapomniane przeżycie — znalezienie na winylach nagrań tego skrzypka, zapoznanie się z jego biografią, aż wreszcie dotarcie do tego albumu, opracowanego przez Joannę Maklakiewicz i wydanego przez Fundację imienia Piotra Janowskiego, Warszawa 2013.

11/12/2025

KOSMICZNIE, PRZEDŚWIĄTECZNIE

Tym razem zaprezentuję album sprzed 1989, lecz ponadczasowy. Znamienity i unikatowy. Niestety, niemal nieznany, mimo że reedycję bez problemu można znaleźć, chociażby w Empiku (acz na niewłaściwej półce 😉). 

By pojąć jego rangę, potrzeba przypomnieć sobie PRL z przełomu lat 70/80. W tym okresie spotykają się dwaj artyści wybitni, przynależący wprawdzie do odmiennych światów, niemniej sporadycznie współdziałający. To rówieśnicy: Józef Franciszek Skrzek (ur. 1948) oraz Tomasz Szukalski, ps. "Szakal" (1948-2012)

Pierwszy jest multiinstrumentalistą. Przede wszystkim specjalizuje się w grze na instrumentach klawiszowych i syntezatorach, ponadto gitarze basowej. To założyciel zespołu SBB — wymienianego wśród najistotniejszych w historii reprezentantów rocka progresywnego, eksperymentalnego, symfonicznego. Również kompozytor muzyki filmowej, zwłaszcza do filmów Piotra Szulkina pt. "Golem" (1979) czy "Wojna światów – następne stulecie" (1981). W ogóle postać, która "swoją twórczością integruje pokolenia", nadal aktywna. 

Drugi to jeden z największych na świecie saksofonistów. Współtworzył słynne formacje: Zbigniewa Namysłowskiego, Tomasza Stańko, następnie Quartet z Kulpowiczem czy Trio z Karolakiem, nagrywając płyty, które obecnie uważa się za najważniejsze w dziejach polskiego jazzu, np. "Winobranie" (1973), "TWET" (1974) czy "Time Killers" (1984). Podczas jego solówek, jak wspominał Paweł Brodowski, "ludzie płakali", ale nie stronił przecież od free jazzu. Wspominałem o nim tutaj w związku z wzruszającym "Zamyśleniem" kwintetu Wojciecha Majewskiego.

Skrzek zapraszał Szukalskiego do współpracy kilkakrotnie: w trakcie występów SBB, potem by nagrać własną "Józefinę" (1980), także przy okazji ww. projektów kinowych. Zaczęli wreszcie dawać recitale jako duet. Pisze Michał Wilczyński: "Z tych wspólnych koncertów zrodziła się idea nagrania albumu. Takiego, który zaintrygował i środowisko jazzowe, i rockowe". Tak oto powstał "Ambitus Extended" (zarejestrowany w 1981, wydany w 1983)


Pod względem stylistycznym jest dziełem konsekwentnym. Jednak za każdym razem muzycy kreują inny klimat. Jest zatem tajemnica, jest rozkochanie, tęsknota, zamyślenie, smutek. Występują momenty uwielbienia, niejako modlitewne, uduchowione, dziękczynne. Albo o niesłychanym natężeniu piękna, poruszające i wzruszające. Lecz z drugiej strony mamy iście kosmiczne lub psychodeliczne eskapady. Pomysłowość nie zna tutaj granic, niczym wszechświat. 

Różnorodność tę wzmaga dobór instrumentów. Zatem Szukalski gra na saksofonach tenorowym i sopranowym, ponadto na klarnecie basowym, a gdzieniegdzie wydaje się, że sięga... po dudy szkockie. Gra raz lirycznie tudzież subtelnie, to znowu szaleńczo, ekstremalnie. Również Skrzek korzysta z rozległego asortymentu: Fender Piano, Hohner Clavinet D6, Polymoog, Micromoog, a jeszcze pogrywa (zazwyczaj funkowo lub rockowo) na basie. Zawsze czuje i rozumie partnera. Dopełniają się idealnie. 

Niemniej mamy do czynienia z syntezą żywiołów: demonicznego Szukalskiego, któremu nic co ziemskie ani ludzkie nie było obce, z anielskim Skrzekiem — zapatrzonym w jakieś oddale, galaktyki bądź zaświaty (proszę zajrzeć na fotografię: mrok spowijający pierwszego oraz światłość promieniująca od drugiego, ech). Jak niesamowity repertuar powstał, podkreślają nawet co poniektóre tytuły: "Słodka Pultyna", "Szczęśliwi z miasta N." czy mój faworyt: "Trąbka i skrzaty wśród kacprowej chaty". A całość zyskuje za sprawą genialnego pomysłu Metal Mind Production, by na niniejszym wydaniu z 2008 materiał studyjny wzbogacić o nagrania koncertowe. 

Karierę tego fenomenalnego tandemu przerwał stan wojenny, 44. rocznica wprowadzenia którego przypada za dwa dni.

07/12/2025

FREE JAZZOWE TRIA Z NOT TWO RECORDS

W katalogu krakowskiej wytwórni płytowej Not Two Records znaleźć możemy wiele wyjątkowych nagrań. To przede wszystkim jazz współczesny, free jazz lub awangarda. Dzisiaj skoncentruję się wyłącznie na triach, każdorazowo w konfiguracji: saksofon / kontrabas / perkusja. Przegląd poniższy uwidoczni, jak wybitnych artystów zgromadził Marek Winiarski


Na fotografii widzimy sześć płyt CD:
Carter / Blumenkranz / Zubek"Chinatown" (2003; nagrano tego roku w BC Studios, Brooklyn, Nowy Jork);
Joe McPhee / Damon Smith / Alvin Fielder — "Six Situations" (2017; nagrano rok wcześniej, na żywo w Roulette, Nowy Jork);
Blood Trio — "Understory" (2013; nagrano w 2010 w Eastside Sound, Nowy Jork)
The Charles Gayle Trio — "Forgiveness" (2008; nagrano w 2007 w Jazzga Club, Łódź);
R.A.N. — "Five Spontaneous Ones" (2019; nagrano rok wcześniej w Kubie Alchemia, Kraków).
André Goudbeek / Peter Jacquemyn / Lê Quan Ninh — "Uwaga" (2011;  nagrano w 2008 w Klubie Alchemia, Kraków). 


Wystąpili nań, odpowiednio:
saksofoniści — 
Daniel Carter, Joe McPhee, Sabir Mateen, Charles Gayle, Albert Cirera, André Goudbeek;
kontrabasiści — 
Shanir Ezra Blumenkranz (też oud), Damon Smith, Michael Bisio, Hilliard Greene, Rafał Mazur (tu: akustyczna gitara basowa), Peter Jacquemyn; 
perkusiści — Kevin Zubek, Alvin Fielder, Whit Dickey, Klaus Kugel, Nicolas Field, Lê Quan Ninh.


Recenzenci wypowiadali się o tych płytach pozytywnie. Również polecam każdą. A szczególnie tę, którą możemy znaleźć w serwisie Bandcamp

02/12/2025

PYTANIE ZATEM...

 ...czy Titus Welliver (ur. 1962), który w serialu występował w roli Harry'ego Boscha, także słucha jazzu? 🤔



30/11/2025

W HOŁDZIE COLTRANE'OWI

Materiały prasowe; żródło: Wikimedia Commons.

Kojarzę mnóstwo albumów dedykowanych Johnowi Coltrane'owi (1926-1967). Nawet zamierzam o nich napisać. Niniejszym chciałbym jednak zwrócić uwagę tylko na dwa utwory, upamiętniające mistrza saksofonu. Za pierwszy odpowiada afroamerykański kontrabasista Bill Lee (1928-2023). Za drugi David C. Heath (ur. 1956), kompozytor z Wielkiej Brytanii. Zatytułowane są niemal identycznie. Na tym podobieństwa się kończą. 

"John Coltrane" powstał prawdopodobnie w 1968 dla formacji Clifforda Jordana (1931-1993), która wykonała go w owym roku podczas koncertu w filii nowojorskiej biblioteki publicznej, Countee Cullen. Saksofonista dwukrotnie później nagrywał ten utwór, każdorazowo w kwartecie, lecz w różnych składach. Znajdziemy go zatem na, uznanych za arcydzieła post-bopu, albumach: "Glass Bead Games" (1974, Strata-East) i "Night Of The Mark VII" (1976, Muse Records). W wykonaniu wcześniejszym towarzyszył mu kompozytor, Bill Lee, w kolejnym inny kontrabasista, Sam Jones. I właśnie tę wersję, dłuższą o minutę, umieszczono na kompilacji, którą przesłuchałem. 

Z kolei "Coltrane" pochodzi z 1981. Pierwotnie napisany na flet, został też opublikowany w wariancie na saksofon. Poznałem go w wykonaniu belgijskiego saksofonisty Jeroena Vanbevera (ur. 1990)



Różnią się jak ogień i woda. Pierwszy jest utworem na zespół, drugi solowym. Pierwszy ma charakter rytualny, drugi  — stanowi medytację. Pierwszy znakomicie wypada przed publicznością, wymaga współuczestnictwa, a jego przekaz wzmacnia zaśpiew (John Coltrane... Black Spirit... John Coltrane, First New-born), ponadto kilkusekundowy cytat muzyczny z "A Love Supreme" (1965, Impulse!). Drugi artykułuje bezwzględne odosobnienie: według Heatha powinien zaistnieć na szczycie spowitej mgłą tybetańskiej góry. 

Jeśli mam być szczery, wystudiowanie Heatha, chociaż jakoby oparte na frazach bluesowych i północnoindyjskich, mniej mnie przekonało, aniżeli modlitewna żarliwość Lee. Szukałem innych nagrań ojca słynnego reżysera, Spike'a. Najwięcej utrwalono tutajJednak to "John Coltrane" pozostaje najpopularniejszym: bywał wykonywany nawet z orkiestrą, ostatnio zaś przypomnieli go The Wooten Brothers.

Fot. David Lee.

PS. Warto jeszcze nadmienić, że współtwórcą tego małego arcydzieła jest niejaki Clifton Lee. O nim jednak niemal nic nie wiadomo, poza tym, że był trębaczem i krewnym Billa.

THE POWER OF POLISH VIOLIN

 __________________________ Nagłówek zapożyczyłem od tytułu albumu , który sygnuje jeden z mistrzów wymienionego instrumentu, prof. Sławomir...